środa, 15 listopada 2017

Chmurki na talerzu, czyli rozszerzanie diety pięciolatka

Nieco pod wpływem lektury opowiadań Jadwigi Jasny (O Królewnie Kartoflance!) a przede wszystkim dzięki zatrzymaniu biegu czasu - które, nolens volens, nastąpiło na skutek Zuzinkowej ospy - i co za tym idzie otworzeniu się przestrzeni dla wspólnego, niespiesznego czasu razem, odkryłam sposób na mojego niejadka. 

Od kilku miesięcy nie jadła ziemniaków do drugiego dania. Kasza gryczana (zwana u nas ziarenkami), ryż, makaron - nie ma sprawy. Ale ziemniaki omijała konsekwentnie. Co innego ziemniaki w zupie jarzynowej, kartoflance, koperkowej i każdej, w której skrojone w kostkę można było wyłowić, odizolować od reszty dodatków i zjeść - te zjadała właściwie jako jedyne z talerza zupy. 

Tego dnia eksperymentowałyśmy. Ja - kulinarnie, ona - z masami plastycznymi. Po ugotowaniu wielkiego garnka rosołu próbowałam wykorzystać przepis z "Gastronomia ekonomia" i przygotować sos majonezowy do porosołowego kurczaka, na bazie curry i mleczka kokosowego (które z braku takiegoż w domu pozyskałam z wiórków kokosowych - przepis tutaj ). Córka pomagała mi odcisnąć wiórki, a wcześniej zmieszać przyprawy suche i dodać je do prażonej cebulki z czosnkiem. W końcu jednak została tylko nuda: mieszanie sosu do odparowania wywaru z mleczkiem. 

Zuzi więc dostały się wyciśnięte z soku wiórki i resztka niebieskiego barwnika po zeszłodniowym eksperymencie wulkanicznym. Do tego mąka pszenna i kukurydziana, trochę pianki z łazienki i już. Tak powstały chmurki. Mięciutkie, niebieskie i pachnące egzotycznie. Wyklejała je Zuzia na kartce papieru, nożykiem (granym przez szpatułkę laryngologiczną) wycinała chmurki do wyrysowanego na kartce papieru kształtu.

A potem był obiad. I Zuzia oczywiście nie chciała ziemniaków, więc rzekłam do Zuzi: ależ nie ziemniaki, lecz chmurki będziemy dzisiaj jeść! Chmurki ziemniaczane! I tak moja Królewna Kartoflanka przekonała się do tej pospolitej potrawy a o mnie może sam Król Kartofel Stary powiedzieć, że

"są czarodziejscy kucharze,
którzy nieomal z niczego
potrafią upitrasić
coś niezwykle smacznego".

I dodam jeszcze tylko, że z tej okazji odkopałam podarowany mi siedem (siedem!) lat temu zeszyt przeznaczony do spisania bestselleru życia, wykrzyknęłam: "eureka!" a następnie wpisałam do niego przepis na brownie, babeczki, ciasto marchewkowe i szarlotkę. Tak naprawdę jestem bowiem bardzo kiepskim kucharzem, ale kiedy mi się coś uda (a zwłaszcza uda, uda i uda wielokrotnie) jestem niezwykle rada. Niech więc ten zeszyt będzie zapisem moich zmagań i moich zwycięstw - kulinarnych, a przez żołądek do serca. Może czytelników?

Na załączonym obrazku smażone jabłka i przypalone brownie (a jednak, nie zawsze się udaje).