niedziela, 27 grudnia 2015

Świąteczne K G H

Mąż uświadomił mi dopiero, że ubrałam choinkę w kolory firmowe - takoż się odbywa rozdzielanie spraw firmowych od rodzinnych, gdy ta sama przestrzeń pełni funkcje biura, pracowni, kuchni i salonu jednocześnie!

Przepinam życzenia z tablicy fb z lekkim opóźnieniem, więc już noworocznie

Żyj tak, żebyś każdego dnia mógł umrzeć:
żeby Ci nie było żal,
żeby Ci nie było szkoda.
Żeby Ci nie było głupio ani wstyd.
Tak wiec żyj w zgodzie z Bogiem czymkolwiek On ci się wydaje. W zgiełkliwym pomieszaniu życia zachowaj spokój, spokój ze swą duszą (klik)



Jeśli zaś chodzi o tytułowe K, G, H - czyli głoski zwane tylnojęzykowymi, przez wzgląd na miejsce artykulacji, chciałam zrobić lampion z pomarańczy a przygotowałam koktajl i ćwiczenie praksji oralnej. Tak to jest, gdy człowiek wszędzie widzi #przydasię ;)

1. Jak przygotować lampion z pomarańczy?
Potrzebne: pomarańcza, nożyk do papieru, długopis, kartka papieru, nóż.
- przygotuj szablon gwiazdki (papier, długopis)
- odrysuj go na pomarańczy - na górze, tędy będziesz wyjmować miąższ i wkładać świeczkę
- wyjmij miąższ, pomagając sobie nożem (rozdrobnij miąższ)
- z boku wytnij jeszcze jedną gwiazdkę
- włóż świeczkę i zapal - voilla!
PS Lepiej nie wycinać od razu gwiazdki z boku - to grozi ryzykiem rozdarcia jej podczas wyjmowania miąższu.

2. Jak zrobić koktajl z jarmużem?
Potrzebne: 2 banany, 1 pomarańcza, 1 duży jogurt naturalny gęsty, 1 gałązka jarmużu, opcjonalnie cukier puder.
- wszystko zblenduj - i już!
PS Jarmużu wcześniej nie używałam ani namacalnie, ani werbalnie więc wprawił mnie w lekkie zakłopotanie deklinacyjne. Na szybko znalazłam rzeczownik rodzaju męskiego o takiej samej końcówce (tchórz, stróż) i odmieniłam jarmuż analogicznie, jako że nadal mi ów jarmuż spokoju nie dawał, szukałam innych rzeczowników i -znalazłszy kurz - uświadomiłam sobie, że przecież rodzaj męski dzieli się na męskoosobowy, męskożywotny i męskonieżywotny, a więc wzór odmiany tchórza i stróża niekoniecznie pokrywa się z wzorem odmiany jarmużu. Język polski love love love <3

3. Jak ćwiczyć buzię i język, gdy zamiast kotek czy góra, dziecię mówi totet i dura?
- gęsty koktajl pić należy przez długą a cienką słomkę
PS Ostatnio doświadczyłam pierwszego razu w używaniu szczoteczki elektrycznej i nie wiem jeszcze, czy to tylko mój język się lęka, czy każdy język w obliczu spotkania z elektryczną szczoteczką tak robi, że ucieka do tyłu jamy ustnej i grzbiet jego unosi się do podniebienia (aby się tam z tyłu jakoś pomieścić). Bo jeśli każdy język tak robi - serdecznie polecam mycie zębów szczoteczką elektrycznym wszystkim dzieciom z orzeczeniem "kappacyzmu" bądź "gammacyzmy", zwanych też "kekaniem" czy "geganiem".


wtorek, 17 listopada 2015

Decoupage - instrukcja w osobistej relacji

Nie wiem jak to napisać, przyznać się i czy rzeczywiście jest się czego wstydzić. Czego? Czasu. Ilości czasu, jaką mi trzeba było dla realizacji pierwszego w moim życiu projektu decoupage. Ile, zapytacie? Kilka miesięcy!

Przygotowania i jak to się w ogóle zaczęło...

Zaczęło się od okrągłych pudełeczek ze sklejki, które dostałam od N. i jej mamy oraz krótkiej rozmowy o decoupage. Na płaskich powierzchniach jest to rzecz niezmiernie łatwa, bo można użyć żelazka, nie trzeba bawić się w warstwy. Ale nie miałam pomysłu na zawartość tychże pudełek, za to wiele na puszki - puszki na herbatę, ciastka, kawę, mąkę, cukier - wszystko kuchenne. Czyli decoupage na metalu. Czyli warstwy. Napisałam więc na grupie "mama w mieście" prośbę o puszki po mm, puszki dostałam i pojechałam z dziećmi do sklepu budowlanego. I znów czułam się jak bohater domu, z półrocznym może wtedy Adasiem śpiącym w nosidełku w wózku i prawie 3-letnią Zuzią biegającą między alejkami. Klej vicol, pędzle, lakier, farba akrylowa, papier ścierny. A w hurtowni papierniczej serwetki. Mamy w mieście też piękny sklep "Artistico" z przyborami do decoupage i nie omieszkałam tam zajrzeć (nie wiem co jest z tym miastem, że niemal wszystkie sklepy mają dwa schodki - mówię wam, dramat dla matki z dziećmi vel wózkiem). Zamiast rzeczy do decoupage jednak kupiłam tam malusieńkie klamerki do prania - marzy mi się przygotowanie własnej książeczki edukacyjnej/sensorycznej z motywem prania między innymi. Ale to leży w szufladzie póki co (a mówiłam, że jakieś pół roku temu kupiłam sobie klej w pistolecie i jeszcze nie odpakowałam? Nie, że nie chcę, ale nie wymyśliłam jeszcze bezpiecznej przestrzeni w naszym M1 na takiż wynalazek). Wracając do decoupage. 

Przebieg, czyli jak to się stawało...

Całkiem szybko wzięłam się do malowania. Wpierw oczywiście puszki umyłam i wysuszyłam. Niestety korzystałam z instrukcji dedykowanych puszkom na ołówki czy świece, pomalowałam więc wewnętrzny rand puszek także. Błąd, bo moje puszki z założenia miały służyć przechowywaniu jedzenia. Wybrnąć z tego można w jeden sposób: do puszek wkładać jedzenie w opakowaniach (oryginalnych lub np. strunowych woreczkach). Dzięki temu błędowi ukonkretniłam wszak pomysł na puszki i postanowiłam, że będą to pojemniki na coś dobrego. Bo coś dobrego to rzecz, która w każdym domu być musi bezwzględnie. Na czarną godzinę, na smutki, ku radości. Przygotowałam sobie 10 puszek (z 33 w których posiadanie weszłam) i pokryłam je 3 bądź 4 warstwami farby akrylowej. Białej. Gdy wyschły, przystąpiłam do etapu przyklejania motywów. Pędzelkiem nakładałam klej na miejsce na puszcze , do którego chciałam przykleić serwetkę, a potem jeszcze smarowałam tym klejem po motywie. Nie wiem czy nie przesadziłam, ale było to trwałe i się nie rwało. Raz a dobrze nie przeczytałam instrukcji, tylko kleiłam, malowałam, targałam te serwetki między gotowaniem obiadu, usypianiem dziecięcia, zmywaniem naczyń. Nie polecam takiego podejścia do sprawy. Z lakierowaniem czekałam dość długo, bo mąż nalegał by nie robić tego w domu. Ale jeśli nie w domu to gdzie? W końcu zamknęłam się w łazience i spryskałam pierwszą puszkę. Niestety, okazało się, że lakierowanie zamiast wyostrzyć motywy, zasnuło je gęstą mgłą. Zmarnowałam trzecią puszkę (pierwszą zmarnowałam malując puszkę niedomytym (zielonym) pędzlem, drugą nie pamiętam jak, chyba jeszcze kombinowałam z rozkładem motywów i za duża naprzyklejałam. I cóż, przez to doświadczenie długo nie mogłam do puszek wrócić, wydelegowałam je na najwyższą szafkę w domu i tylko tęsknie spoglądałam ku nim zastanawiając się, kiedy nadejdzie ich czas. W końcu kupiłam drugi lakier - tym razem do pokrywania pędzlem, półmat (wcześniej był mat bezbarwny). I udało się! Lakier nie zamazał mi obrazków a utrwalił je i zrównał wszystkie warstwy! Oczywiście nim wzięłam się do pracy odczekał na półce miesząc lub dłużej. A przy okazji zakupu lakieru kupiłam też wałek i rynienkę(?) na poczet przyszłych puszek - od pędzla zostały wszak smugi.  Nie wspomniałam jeszcze o napisach. Robiłam je metodą transferu. Wymyśliłam sobie napis, kolor i rozmiar czcionki. Przykleiłam do kartki A4 pojedynczą białą serwetkę taśmą malarską - koniecznie ze wszystkich stron, ja robiłam tak aby drukarka bokami chwytała samą kartkę, nie z serwetką i taśmą - i na tejże serwetce wydrukowałam napisy. Odkleiłam i wytargałam. Voilla! Gdy po kilku tygodniach dodrukowywałam napisy przeżyłam chwilę grozy, bo znów nie zajrzałam do instrukcji a pamięć zawiodła, i nie podkleiłam serwetki ze wszystkich stron, co skończyło się skosztowaniem serwetki przez nowiuteńką prawie że drukarkę. Na szczęście mąż uratował drukarkę. Ale zabronił mi drukowania serwetek. Dlatego też puszek z czymś dobrym jest w tym momencie tylko pięć (trzy białe z tamtych dziesięciu jeszcze nie są oklejone bo właśnie napisów brak). Wszak zbieram się na odwagę ponownego wydruku - w końcu pamiętam jak okleić by było dobrze... A i nie wiem teraz ile było pierwotnie puszek, 10 czy 11, zmarnowałam 2 czy 3, bo coś mi się rachunki powyżej nie zgadzają. Mniejsza o to. Nie używałam ostatecznie papieru ściernego, i na etapie malowanie - pokrywałam wielobarwne puszki z mleka nutramigen farbą białą, i na etapie lakierowania - nie wyrównałam warstw. 

Produkt, czyli o co w tym chodzi...

Pamiętam z dzieciństwa miejsce w kuchni, w którym można było zawsze znaleźć coś dobrego. A właściwie miejsca - raz była to szuflada ze ścierkami, pod nimi ukryta była tabliczka czekolady, innym razem półka w najwyższym kącie kuchni - a w niej cukierki. Albo koszyk wielkanocny z ogromnym blokiem czekolady (miała chyba 4cm grubości, niestety - była gorzka!). I pamiętam jak raz na czas dopadał nas (mnie, moje rodzeństwo, tatę) wilczy głód na coś dobrego. Wiem, wiem, dziś się mówi ciągle o białej śmierci i szkodliwości słodyczy, ja zaś mówię - bez przesady! 

coś dobrego, które proponuję to magia. To archetyp. To TAK dla siebie, dla dziecka w sobie. To puchatkowe małe co nieco. Zachęcam, by takie w domu mieć i z niego korzystać, a jakże! 

coś dobrego jest dla wypieków na twarzy i wielkiej radości, że oto otwieramy puszeczkę i zaglądamy do jej wnętrza. 

coś dobrego to nie zawsze musi być słodycz. To może być bilet do kina albo bon na wspólny spacer, wyjście na basen tylko we dwoje (z mężem? z córką? z synem? sama z sobą? - każda opcja ma w sobie coś super!). Puszka dla naszego domu jeszcze nie jest zapełniona, na razie obmyślam puszki prezentowe. I tak, mam na twarzy wypieki, tak się cieszę na realizację tego kilkumiesięcznego pomysłu! 


All rights reserved

Treść wpisów oraz pomysły (o ile nie zaznaczyłam inaczej) są moje i podlegają ochronie praw autorskich. Proszę o uszanowanie mojej pracy i nie wykorzystywanie pomysłów bez mojej zgody.

niedziela, 8 listopada 2015

Jak zrobić wędkę? - szybki tutorial do zamiany ćwiczeń w zabawę

Twoje dziecko/uczeń/pacjent ma za zadanie powtórzyć wiele razy jakieś słowa/frazy/sylaby? A może matematyka i, dajmy na to, tabliczka mnożenia, żmudnie idzie w tabelkach? Wpisz ją w rybki! Załóż na rybki spinacze biurowe, a ze słomki, nici i kawałku magnesu zrób sobie wędkę! O ile jednak słomki czy nici to rzeczy, które jak nie w każdym domu, to w każdym sklepiku dostać można, skąd wziąć magnes? A choćby z lodówki czy zakładki do książki, wytnij z niego kawałek i już. Albo kup magnes na metry bądź arkusze a4 - fajna rzecz.


Udanej zabawy!

czwartek, 22 października 2015

Od jedzenia do mówienia - karmienie łyżeczką i BLW okiem logopedy

Kończy się powoli Tydzień Bliskości w Nowym Targu. Pogoda nas nie rozpieszcza, w domu armagedon, bo groźnie brzmiący "wirus bostoński" rozłożył na łopatki wszystkich domowników poza mną, ale serce moje zdążyło się dwa razy uradować - raz po mojej prelekcji, kiedy to prawie roczny Karolek wdrapał mi się na kolana, uśmiechnął radośnie i zaczął bić brawo (kogoż nie ucieszyłyby takie dowody uznania ;)) i drugi raz, gdy na zdjęciach z kolejnych spotkań zobaczyłam osoby, które sama zapraszałam na wydarzenie. Miło, że w Nowym Targu można i takie ziarno siać. Więcej informacji można znaleźć na stronach Tydzień Bliskości w NT i MOK NT.

Moje wystąpienie zaplanowałam sobie jako wykład nt. rozszerzania diety. To mój top temat, bo syn osobisty jest właśnie na tym etapie. Jestem człowiekiem szalenie refleksyjnym (patrz moja druga aktywność blogowa: Obmyślam świat 1), dlatego zamiast - w obliczu tak wielu aktywności, które są moim udziałem - zreferować po prostu jakiejś podejście, zabrałam się za rozważanie sensowności klasycznego modelu rozszerzania diety (karmienie łyżeczką) vs nowej mody - BLW. A zaczęłam w ogóle od odruchu ssania w ujęciu Masgutowej i Regner. I wiecie co? Tak, czuję się spełniona. Dużo wysiłku i stresu kosztują mnie te moje przedsięwzięcia, bo w końcu coś stwarzam, a to zawsze jest ryzykowne, jednak myślę sobie - cóż, raz że muszę, bo inaczej się uduszę, dwa - jest to jednak wartościowe i wzbogacające. Liczę, że nie tylko dla mnie, ale i słuchaczy ;)

W każdym razie wykład przewidziany był w ramach Tygodnia Bliskości w mieście, w którym teraz mieszkam. Odbiorcami byli rodzice. Moje rozważania mieściły się w kręgu RB a więc i to zdefiniowałam: czym dla mnie owo rodzicielstwo jest. Może po tym wykładzie, gdy powtórnie zmierzyłam się z tematem, przeredaguję swój artykuł tak, by tym razem dziecisawazne.pl przyjęło tekst bez przytłaczających zmian ;)

Przy okazji montowania przemówienia zrodziło nam się rodzinne powiedzenie. Chciałam ująć okiem kamery to jak pracuje kompleks ustno-twarzowy (haha, wiem - brzmi strasznie ;)) podczas jedzenia łyżeczką i podczas samodzielnego jedzenia kawałków pokarmów, przy okazji udało mi się złapać momenty zakrztuszeń (mąż mówi, że po prelekcji powinnam wprowadzić Adasia, żeby pokazać słuchaczom, że Adaś jest cały i zdrowy, bo momentami filmy były drastyczne :P) i zabawy. Bo zabawa to jest jedna z rzeczy, które poruszałam w wykładzie, nie zgadzając się z przedstawicielami BLW.

W każdym razie Państwu chciałabym pokazać właśnie ten fragment. "A kuku zupka" jako kwintesencja mojego rozważania o rozszerzaniu diety, o rodzicielstwie, o codzienności. Radość z małych rzeczy, bycie w zgodzie z samym sobą, bycie tu i teraz. Mistyka codzienności.




sobota, 3 października 2015

Metoda Krakowska - szanse i zagrożenia część 1

Rodzice moich uczniów pytają mnie czasem, jak to jest z tą Metodą Krakowską. Bo ktoś im powiedział (specjalista), bo gdzieś przeczytali, a przecież widzą, że ich dziecku się u mnie krzywda nie dzieje, więcej - dziecię przychodzi chętnie, i są efekty naszej współpracy. Z moimi rodzicami rozmawiam poruszając każdą z istotnych dla ich dzieci kwestii, Państwu napiszę tylko tak: owszem, MK jest zagrożeniem dla terapeuty i dziecka. Może zrobię taki cykl artykułów: szanse i zagrożenia stosowania MK? Bo dziś już widzę, że nie mam czasu zebrać wszystkich moich spostrzeżeń. Więc tylko z jednego zakresu, odnośnie informacji ze strony centrum metody:

ABY BYĆ TERAPEUTĄ MK MUSISZ PRACOWAĆ PRZEZ X CZASU TYLKO METODĄ KRAKOWSKĄ. To obostrzenie budzi sprzeciw. Od (1) prozaicznych spraw poczynając (ja np. nie pracuję tylko z dziećmi, ale także z dorosłymi - studentami szkoły teatralnej, dla których liczy się wzorowa dykcja, świadomość oddechu itp. - nie zaś (upraszczając) czytanie sylabami i usprawnianie funkcji poznawczych), przez (2) obraz propagatorów metody (chodzi faktycznie o dobro dzieci i nie-robienie-wody-z-mózgu poprzez mieszanie wielu metod (autorzy porównują to do leczenia chorób somatycznych: leczenie jednocześnie u różnych lekarzy różnymi lekami nieść może opłakane skutki dla organizmu) czy o wyłączność z uwagi na zyski?), (3) wykonawców metody (kiedy zaczynałam pracę na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej logopeda tamtejszy uprzedzał mnie: "Nic ci tutaj po logopedii artystycznej i MK" - okazało się jednak, że to ćwiczenia fonacyjne opracowywane ze studentami fantastycznie przełożyły się na pracę z pacjentami po incydencie neurologicznym, natomiast maglowane przez pięć lat studiów logopedii według Metody Krakowskiej "zaczynaj od tego, co uczniowi bliskie" zaowocowało sensowną komunikacją z Panią z czystą afazją czuciową (sic! - czysto czuciowa afazja jest możliwa! Pani czytała czysto artykulacyjnie, w mowie czynnej afatyczny żargon, rozumienia brak - na początku) już po kilku dniach terapii). Więc owszem, jest zagrożeniem dla terapeuty zamknięcie się tylko na jedną metodę, jeden przypadek terapeutyczny - bo wtedy nie ma się całego horyzontu możliwości. Ale to nie tylko przywara MK, lecz każdej metody roszczącej sobie prawo do bycia jedyną i niepowtarzalną. I moneta ma drugą stronę. Na forum logopedycznym często spotykam się z opiniami specjalistów: nie pracujesz z dorosłymi, wyślij do innego logopedy. Nie pracujesz z autystami, dyslektykami, niesłyszącymi, laryngektomowanymi itd. - odeślij. A ja mówię: nieprawda. Nie odsyłaj z założenia. Logopedia jest jedna, podstawy są jedne: fonetyka, fonologia, rozwój człowieka, anatomia, neurologia, mięśniówka itd. Jeśli będziesz się bał i uciekał nigdy się nie nauczysz, więcej: przestaniesz się rozwijać i wzrastać. Człowiek (pacjent) jest jeden, a - niestety - często jestem świadkiem tego, jak różni specjaliści rozczłonkowują go na milion małych kawałków, i każdy chce leczyć swoją część, zapominając o CAŁOŚCI. Owszem, musisz mierzyć siły na zamiary, znać swoje możliwości, oceniać realnie kondycję swoją i swojego pacjenta. Z bólem duszy - bo czuję się odpowiedzialna za ludzi, których oswoiłam - "oddałam" ostatnio mojego ucznia innemu logopedzie. Bo nasze Spotkanie zbiegło się w takim momencie mojego życia, gdy nie miałam fizycznie czasu i możliwości szkolić się dla niego, dokształcać, sprawdzać. Gdy nie czułam się na tyle silna, by mu pomóc. A jego czas ucieka, jego złoty okres rozwoju jest w tym momencie. Terapeuta nigdy nie może wyłączyć MYŚLENIA i CZUCIA. Takie jest moje zdanie. I choćbym miała umierać w niepewności o jutro mojej własnej rodziny, mam na uwadze dobro moich pacjentów. Kolejne zagrożenie wynikające z poruszonego punktu: (4) dla pacjenta. Dobrze, zgadzam się, że z jednej strony aby zobaczyć efekty potrzeba czasu, z drugiej strony - ile czasu czekać, jeśli tych efektów nie ma i nie ma? Więcej: po co czekać, jeśli już przy pierwszym spotkaniu widać (tak myślę i tak czuję), że ta metoda teraz nie ma tu najmniejszego sensu? Moje własne dzieci wychowuję w duchu AP, to znaczy nie pozwalam sobie na traktowanie ich z góry z uwagi na fakt, że jeszcze nie są dorośli. Takie podejście mam również wobec każdego z moich uczniów i to nie pozwala mi interpretować ich zachowań w myśl z góry założonego schematu. Niestety w literaturze branżowej mieszają się obserwacje rzeczywistości z interpretacjami i opiniami, gdzieś gubi się to, co naukowe i mierzalne, z tym co filozoficzne i światopoglądowe. Normalna rzecz, że osobowość terapeuty rzutuje na jego pracę, jednak brak porządku w tym zakresie tworzy pole do nadużyć i nadinterpretacji..

czwartek, 17 września 2015

SYLABOWE ZGADYWANKI I WYOBRAŻANKI

SYLABOWE ZGADYWANKI I WYOBRAŻANKI
Ćwiczenia w czytaniu zgodne z metodą symultaniczno-sekwencyjną.

PRZYGOTOWANIE:
1.      Wytnij paski z sylabami i obrazkami na grubym papierze. Jako wzmocnienie możesz także okleić je taśmą, zalaminować lub podkleić tekturą.
2.      W paskach na okienka natnij nożykiem do papieru przerywane linie – w tych miejscach umieścisz paski z sylabami i obrazkami.

GRA:
Wersja 1 (łatwiejsza):
Dziecko ustawia obrazek, następnie szuka na suwakach sylab tworzących ten wyraz. Jeśli jest taka potrzeba rodzic sylabizuje słowa (np. „puma”, rodzic mówi PU – MA, PU – gdzie jest PU? Teraz MA – gdzie MA? Przeczytaj, co ułożyłeś/-aś? Dziecko odczytuje.

Wersja 2 (trudniejsza):
Dziecko ustawia pierwszą sylabę, odczytuje ją, następnie przesuwając drugim paskiem odczytuje powstały wyraz (np. PUMU). Zastanawiamy się czy rzeczywiście istnieje takie słowo. Jeśli nie, możemy pobawić się wyobraźnią i wymyślić co też to może być. Przesuwamy suwak na kolejną sylabę i dziecko znów odczytuje sylabę z pierwszego suwaka i z drugiego łącząc je w całość (np. PUPA). Jest tak wyraz? Świetnie! Szukamy obrazka z pupą na trzecim suwaku. Jest tyle powtórzeń w tym ćwiczeniu, że siłą rzeczy się obraz sylaby z jej nazwą zapamięta ;)

Wersja 3:
Bez obrazka – obrazek rysuje dziecko, mama albo już nie jest potrzebny: radość sprawia samo szukanie prawdziwych słów.

Uwaga: użyte w pliku obrazki nie są moje, są to grafiki z Internetu. Prezentuję je jako poglądowe obrazki, aby pokazać o co chodzi. Niestety na razie nie dysponuję taką ilością czasu, żeby stworzyć własne obrazki, a te które namalowałam dla moich uczniów wykonałam jasnym kolorem i mój skaner ich nie widzi. Dlatego rodzice: do dzieła - twórzcie :) Dla własnego dziecka  wkład rodzica we wspólne działanie, zaangażowanie są o wiele ważniejsze niż ewentualne wątpliwości co do własnych zdolności estetycznych, także "nie umiem rysować" wymówką nie jest ;).

Nie wiem jak dodać plik tekstowy, więc chętnych proszę o namiary pod wpisem albo instrukcję jak na blogspocie udostępnić dokument. Wersja z prnt screena nie jest najlepszej jakości ;)


PS Na rynku dostępne są tego typu pomoce w formie wind sylabowych (patrz tu) czy suwaków terapeutycznych (klik), niestety nie są one dostosowane do nauki czytania symultaniczno-sekwencyjnej, nie mają też obrazka. W tym sensie moje są przełomowe ;)

wtorek, 28 lipca 2015

Najgenialniejsza pomoc do nauki czytania jaką kiedykolwiek wymyśliłam

Napisałam na fb: W tym pudełku mieści się najgenialniejsza pomoc do nauki czytania jaką kiedykolwiek wymyśliłam. Trwała a jednocześnie wielokrotnego użytku. I co najważniejsze - przez działanie i zabawę. Idealna, gdy doba okaże się za krótka, by tworzyć arcydzieła, a przecież bardzo estetyczna i nie byle jaka. Mówię Wam, cudo!


Nim jednak zaprezentuję Państwu jak to jest zrobione i z czego, kilka uwag tytułem wstępu. Tak naprawdę nie ma rzeczy uniwersalnych. Sama dysponuję całkiem pokaźnym zbiorem oryginalnych pomocy logopedycznych: żółtych teczek z Arsonu, zestawu Stymulacja i Terapia WiRU, pakietu teczek konferencji-logopedycznych i jeszcze wielu, wielu innych. Jedne są bardziej, inne mniej przydatne. Ale okazuje się, że najlepiej służą mi pomoce, którym cele nadaję sama. Na przykład wystarczy mi logopedyczny zbiór wyrazów dla utrwalenia konkretnej głoski, a z niego wyczaruję gry i zabawy, dzięki którym mój uczeń chętnie będzie tworzyć ruchową matrycę nowego sposobu realizacji.

Czasami, by otworzyć swój umysł na twórczość trzeba zrezygnować z podpowiedzi (sic!). Ja musiałam jakiś czas temu zablokować sobie wyskakujące powiadomienia o nowościach z kilku stron i blogów innych logopedów i rodziców - przestały być dla mnie inspiracją a stały się torturą: że on ładniej, że lepiej, że bardziej wymyślnie. A najlepiej jest tylko wtedy, gdy samemu czuje się narzędzie, wie jak się je stosuje i wierzy w sens jego użycia, i gdy - jednocześnie - zna się swojego ucznia, widzi się go jako konkretną osobę, z właściwymi sobie upodobaniami, zainteresowaniami, ale i trudnościami i - humorkami!

Przejdźmy jednak do mojej PRZEGENIALNEJ POMOCY LOGOPEDYCZNEJ DO NAUKI CZYTANIA!

Używam chętnie, zwłaszcza dla młodszych dzieci, wkładanek. Na odwrocie wpisuję czy wrysowuję to, co jest mi potrzebne, i podczas ćwiczenia kieruję uwagą dziecka, by analizowało wzór i wkładało elementy układanki realizując zamierzone cele. Np. gdy utrwalamy sylaby różnych paradygmatów, wpisuję sylaby. Gdy ćwiczymy dostrzeganie różnic - podobne wzory różniące się małym szczegółem. I próbowałam już różnych rozwiązań aby te wkładanki były nie na raz, ale dla wielu i w różnych celach. Przyklejałam ćwiczony materiał na taśmie malarskiej (bo łatwo się odkleja a wyraźnie widać na niej to, co zapisane), oklejałam elementy wkładanki folią i pisałam mazakiem suchościelarnym (ale mazaki suchościeralne mają tę wadę, że zmywają się w pierwszym lepszym kontakcie ze skórą), przyklejałam karteczki samoprzylepne (ale za łatwo się odklejały). W końcu wpadłam na TEN GENIALNY POMYSŁ <złowieszczy śmiech i wink>

POTRZEBNE:
- tablica magnetyczna: w domu może być lodówka w googlach można szukać pod "tablica edukacyjna magnetyczna kredowa" lub kombinacją tych słów - ja mam tego typu 
- magnesy: gotowy komplet magnesów tworzących obrazek, albo magnesy pojedyncze, albo taśma magnetyczna samoprzylepna, którą podklei się pod zrobione własnoręcznie układanki czy też układanki z innego kompletu, które od teraz już będą magnetyczne, bo podklejone.
- pisak kredowy (to nieoceniony klucz do sukcesu! Zwykła kreda się sypie i ściera się równie łatwo jak pisak suchościeralny z folii, ta zaś ma konsystencję płynną, która po chwili wysycha, dzięki czemu można go używać do wielu powierzchni, na których będzie właśnie trwały i zmyje się dopiero wodą)
- kartki papieru, ołówek, pisak.

JAK TO ZROBIĆ?
1. Ułożyć sobie któreś zwierzątko (wzór) na kartce papieru, obrysować elementy połączone ze sobą.
2. W każdy element narysowany i ten magnetyczny wpisać to, czego się uczymy - tak aby taki sam  był na kartce i na magnesie.
3. Bardzo ważne: zanim się da dziecku zabawkę wyjaśnić reguły, inaczej może mu się tak spodobać zabawka, że informacja o tym, że oprócz wykazania własnej kreatywności w tworzeniu ma jeszcze czytać czy dopasowywać jakieś elementy zgasi w nim potencjalny zapał do pracy. A naprawdę można się tak bawić i bawić, nie wiedząc, że to nauka!

Mam niestety tylko jedno zdjęcie poglądowe, ale widać na nim wszystkie elementy. Z resztą myślę, że opisałam rzecz całkiem precyzyjnie. W razie czego proszę pisać, chętnie odpowiem.


MOŻE CIĘ RÓWNIEŻ ZAINTERESOWAĆ:
1. Nauka przez zabawę (tu podczas czytania samogłosek przez dwulatkę) http://logozabawki.blogspot.com/2015/03/nauka-czytania-samogosek-z.html
2. Jak się bawić aby dziecię chciało realizować nasze cele (na przykładzie nauki prawidłowego chwytu)  http://logozabawki.blogspot.com/2015/04/prawidowy-chwyt-podczas-rysowania.html
3. Co można wyczarować z pianki (tu akurat świątecznie, ale nada się na magnesy http://logozabawki.blogspot.com/2014/11/przedswiatecznie-i-logopedycznie-nauka.html).


wtorek, 21 lipca 2015

Kraina Lodu i SUDOKU do nauki czytania

- Które dziecko nie lubi "Krainy Lodu"? - zapytała ostatnio mama N.
- To moja ulubiona bajka - przyznał się tata U.
- Mam tę noooc! - śpiewa Zuza i jest to jedyna piosenka z jej repertuaru, jeśli chodzi o gotowce (acz miłośnik "Frozen" zauważył już z pewnością, że i w tej krótkiej cytacie znajduje się element kreatywny).

SUDOKU to logiczna układanka. Klasyczna polega na ułożeniu na planszy cyfr w taki sposób, aby nie powtarzały się one w pionie, poziomie i po skosie. Można zagrać choćby onilne - tu. W logopedii zagościła już jakiś czas temu. Sama jestem od lat posiadaczką wersji do ćwiczeń wymowy głoski r i do nauki czytania. Ale lubię dostosowywać pomoce do potrzeb moich i moich uczniów, więc połączyłam układankę logiczną z celami logopedycznymi, które aktualnie realizujemy  i ulubioną  bajką uczennicy mej - i voilla!





JAK GRAĆ?
1. Z zestawu obrazków wybieramy te, którymi będziemy grać (3 różne). 
2. Układamy dwa, resztę dobiera uczeń, pilnując zasady: te same obrazki nie mogą powtórzyć się w pionie i poziomie. 
3. Odwracamy obrazki na drugą stronę, po kolei od lewej do prawej.
4. Uczeń odczytuje sekwencje sylab.

My utrwalaliśmy różnicowanie sylab dwóch paradygmatów, więc na odwrocie Hansa były i sylaby z T nagłosowym i z D. Ale sudoku można sobie zrobić takie jakiego się akurat potrzebuje. Zmierzam do tego, że jeśli na każdym Hansie byłaby ta sama sylaba (np. FU), a na każdej Elzie inna, ale konsekwentnie (np. FA) to można też grać od razu na sylabach, a obrazki będą nagrodą (no nie z każdym dzieckiem da się ukryć rewers podczas ćwiczenia ;)).



wtorek, 14 lipca 2015

Jak w 2 minuty skrócić spodnie? Jak przerobić zwykłe spodnie na alladynki? Instrukcja bez szycia!

Pora na coś nielogopedycznego albowiem zielone spodnie z lnu czekają na swój debiut już od kilku tygodni. Debiut - to znaczy możliwość ich włożenia przed końcem lata.

Potrzebne będą:
- za długie spodnie ;)
- gumka krawiecka (u mnie okrągła w przekroju)
- nożyk do papieru (lub inne narzędzie tnące: nóż kuchenny, nożyczki szkolne - cokolwiek)
- agrafka (lub spinacz biurowy)

Większość spodni zakończona jest tunelem. Wystarczy lekko naciąć go koło szwu, by wprowadzić tam gumkę. Lecz gumka jest za miękka by przewlec ją ot tak przez ów tunel. Dlatego potrzebna jest agrafka bądź spinacz biurowy. Zawiąż na niej/nim końcówkę nitki, teraz możesz swobodnie przewlekać. Na koniec odwiąż gumkę z agrafki/spinacza, zawiąż ze sobą oba końce i ukryj węzełek gdzieś w tunelu. Voilla!

Nie dość, że już nie grozi ci zaplątanie w nogawki własnych spodni, to jeszcze zyskałaś modny krój - alladynki!


piątek, 10 lipca 2015

Kucyki Pony

Propozycje ćwiczeń:

1. Kategoryzacja ze względu na kolor, bez względu na kształt.

2. Kategoryzacja ze względu na kształt, bez względu na kolor.

3. Trudniejsze kategoryzacje. Szukanie cech wspólnych (co je łączy?), wykluczanie ze zbioru (dostrzeżenie cechy łączącej i obrazka nie pasującego do pozostałych). I niesłychanie trudna rzecz: praca na tym samym materiale i ZMIANA zasady. Np. takie kategorie: 

co je łączy? (w kolumnach), przykładowa odpowiedź: w jednej kolumnie kucyki stoją skierowane całym ciałem w lewo, w drugiej tylko głowę kierują w prawą stronę

co nie pasuje? przykładowa odpowiedź: żółty kucyk, bo je innego koloru

co nie pasuje? przykładowa odpowiedź: drugi kucyk, bo tylko on kieruje samą głowę w lewo. Albo kucyk trzeci, bo tylko on ma kręcone włosy. W tych ćwiczeniach bardzo ważne jest wysłuchanie uzasadnienia dziecka, to nie są ćwiczenia zamknięte. Jeśli uzasadnienie jest sensowne, rzeczywiście jakaś cecha łączy wszystkie poza wykluczonym obrazkiem - jest ona dobra, mimo że my założyliśmy sobie inne rozwiązanie. I to też jest ważna nauka dla diecka: tak, masz rację, nie pomyślałam o tym, ale to słuszne. Ja układając to zadanie, myślałam, że nie pasuje ten - jak myślisz, dlaczego? J próbuję małymi kroczkami, podpowiadać, lubię gdy dziecko samo znajduje ostatecznie odpowiedź.

Co nie pasuje? Np. trzeci kucyk, bo kieruje samą głowę w lewo, stojąc zwrócony ciałem  w prawo. O i jednocześnie tylko on ma proste włosy ;)


Co nie pasuje? Drugi - tylko on ma skrzydełka. Albo piąty - tylko on ma kapelusz. 

4. Pamięć 
Trzeba mieć po 2 zestawy kucyków. Wybieramy - w zależności od możliwości dziecka kilka i dajemy je dziecku. Pokazujemy jeden pasek i prosimy o zapamiętanie. Zasłaniamy go, a dziecię układa pod spodem w tej samej kolejności. Na koniec możemy odwrócić pasek i kucyki dołożone przez ucznia i poprosić o odczytanie sekwencji sylab.

Wersja 2: zapamiętanie sekwencji sylab: prezentujemy pasek sylab, dziecko czyta je i zapamiętuje, układa ze swojego zestawu w tej samej kolejności. Ćwiczymy czytanie.

Wersja 3: zapamiętanie wypowiadanej przez dorosłego sekwencji sylab i ułożenie jej w kolejności. Na koniec można odwrócić sylaby i porównać czy obrazki na odwrocie zgadzają się z tymi, które wypowiedział dorosły. Ćwiczymy sekwencje słuchowe i znajomość sylab.

Wersja 4: kartoniki są wycięte i ćwicząc pamięć prezentujemy po jednym kartoniku, od razu go zasłaniając i układając kolejne. Po ułożeniu całej sekwencji prosimy o ułożenie tak samo. Ćwiczymy pamięć sekwencyjną. Na koniec można odwrócić i sprawdzić czytanie.

To tylko przykładowe ćwiczenia. Tak jak kategoryzacje, relacje, dostrzeganie cech wspólnych i różnicujących możemy ćwiczyć na obrazkach, tak samo możemy je ćwiczyć na sylabach - są zapisane na odwrocie.

Jak przygotować zestaw?
1. Znajdź grafikę, np. http://photos.nasza-klasa.pl/50420113/3/main/a7a75df128.jpeg
2. Wydrukuj w dwóch egzemplarzach.
3. Na odwrotach wpisz sylaby, które ćwiczycie. Zapisz je w tych samych miejscach na obu egzemplarzach.
4. Dla utrwalenia warto zalaminować.
5. Wytnij.



Możecie też przygotować zestaw wspólnie :) Moja prawie trzyletnia córka oczywiście nie omieszkała mi pomóc - wkładała kucyki do laminatora, naciskała guzik włącz i wyłącz. Starsze dziecko może wycinać (ćwiczenie motoryki małej). 

A tak wygląda droga Matki-Polki do pracy :)
Dzieci własne najpierw trzeba zawieźć do Nanusi. Powiem Wam, że pierwszy raz, gdy zapakowałam dwójkę szkrabów do samochodu, a do tego cztery pokaźne torby (jedna Adasia, druga moja prywatna, trzecia i czwarta z materiałami do terapii) czułam się bohaterem swojego domu! 

I mkniemy naszym sŁówkowym wehikułem :)

piątek, 12 czerwca 2015

Mama, Zuzia umie czytać!

W odpowiedzi na post Kasi Czyżyckiej Nie czytaj dziecku książeczek jeśli nie chce - jak to moja Zuza (2;7) mamie mówi: "A kysz! A kysz!" aby książeczkę czytać mogła już w ogóle sama. 



Pierwszy film (choć nagrany jako drugi lub trzeci): Zu "czyta" o zwierzątkach: co mówią, co robią. Dobrze wiem, że naśladowanie jest rozwojowe, mimo to mnie Zuza zachwyca i rozczula odbijając jak w lustrze to, co my robimy <3


Ostatnio Zu wyciąga sobie z półek książki (księgi bajek, swoje małe książeczki albo moje książki do zajęć) i czyta, za każdym razem tak samo: "Dawno dawno temu..." lub "Pewnego razu...". To dlatego, że na dobranoc opowiadamy jej bajki. Zaczynają się w standardowy sposób, a potem już nie ma ani Śpiącej Królewny, ani Czerwonego Kapturka - jest Królewna Zuzia, która miała Malutkiego Braciszka Adasia (vel Bartusia), mamusię i tatusia. To mąż zapoczątkował te bajki, gdy go pierwszy raz podsłuchałam, zachwyciłam się. Zaczyna się właśnie zawsze tak samo, a potem jest fantazjowanie: o tym jak tata kupił Zuzi rower i pojechali na przejażdżkę, o tym jak z Nanusią poszli w góry, jak pojechaliśmy do Babsi Helenki itd. Muszę przyznać, że tata jest tu bardziej twórczy niż mama. Ja z Zuzią "przerabiam" to co było ;) Zaczynam jak mąż, a potem z perspektywy Królewny Zuzi opowiadam to co się dzisiaj działo lub to co planujemy na jutro czy najbliższy czas. Zazwyczaj Zuzia chce jeszcze i jeszcze :) 


A gdyby ktoś miał wątpliwości, dlaczego matka-logopeda i do tego po studiach u prof. Cieszyńskiej pozwala własnej latorośli łamać linearny porządek odwracania stron (po polsku: czytać ksiażeczkę od końca a nie od początku): ciemna strona Zuzy ;)

Jak w ogóle zaczęło się nasze czytanie? Jako ta Matka Polonistka (chyba już o tym pisałam?) chciałam oczywiście Zuzce czytać od urodzenia. Niestety ona nie była taka chętna. Mimo, że stosowałam się do zaleceń: zacząć od prawej półkuli, czyli rytm, intonacja - innymi słowy wiersze, rymowanki. A gdzie tam! Jak tylko zaczynałam czytać mój noworodek a później niemowlę zaczynało płakać. Trudno. Nie stworzyliśmy codziennego rytuału czytania. Gdy zaczął się okres poznawania przez buzię i rączki, do tych rączek dawaliśmy Zuzce nie tylko grzechotki i gryzaczki, ale też książeczki. I bardzo szybko poznała książeczki cioci Jagody. Duma mnie rozpierała, że oto moje niemowlę szanuje książeczki papierowe, bo jeszcze nim skończyła rok pozwalałam jej oglądać książeczki z sylabami. Oczywiście, że przyszedł czas, gdy sprawdziła "jak to jest zrobione" i dlatego kilka książeczek mamy w rozsypce, grunt, że jest z nimi oswojona i bardzo lubi. 

Ok, więcej czasu nie mam - a skąd mam go tak wiele? Adasiek z każdym dniem wydłuża mi dobę, wstając coraz to wcześniej. Dziś o 4.45... 

Pozdrawiamy serdecznie wszystkich czytelników!

PS Jeśli chodzi o obiecane nagrania z głużeniem itp. przepadły w czeluściach twardego dysku... Chaos i nieporządek panujący w moim komputerze przeraża mnie. Jeszcze nie mam odwagi go okiełznać, wybaczcie ;)

piątek, 10 kwietnia 2015

Prawidłowy chwyt podczas rysowania, samogłoski i motylki - filmy.

Wracam do pracy! Przy okazji przygotowywania ćwiczeń dla moich podopiecznych pobawiłyśmy się z Zuzią. Bo Zuzia oczywiście wielce zainteresowana. Dla J. będzie wersja ze spinaczami biurowymi, Zu uczy się natomiast trzymać narzędzie pisarskie - w tym wypadku mazak.

Proszę zauważyć, że Zuzia w ogóle nie wie, że uczy się trzymać pisak. Zuzia świetnie się bawi malując motylki i kwiatuszki, licząc, nazywając części ciała i części kwiatuszka. A potem czytając, szukając, dokładając i wybierając.

Najlepiej człowiek uczy się w działaniu - nie tylko dziecko, dorosły też. Dopóki sama nie prowadzę samochodu z punktu A do punktu B zupełnie nie znam trasy. Choćbym siedziała obok kierowcy ze sto razy. Dopiero kiedy poprowadzę - wiem i umiem. Z dziećmi podobnie: dajmy doświadczyć a się nauczą. Tysiące powtórzeń. Twoje dziecko za nic nie chce uczyć się prawidłowego chwytu? Niech nie wie, że się uczy. Mocno skupcie się na efekcie: oto malujecie motylka, sześć motylków. Potem kwiatki. Auta, pieski, żaby - cokolwiek Twoje dziecię lubi. A chwyt jest poniekąd. Ty wiesz, że ćwiczycie, ono wcale nie musi. Intonuj. Graj sobą. Zachęcaj samym sposobem w jaki z dzieckiem rozmawiasz.

A prowadzenie ręki dziecka? To jeszcze jeden trik nauczyciela. Nie mów dziecku, że oto prowadzisz jego dłoń aby mu pomóc (chyba że chce takich zapewnień). Spokojnie może żyć z przeświadczeniem, że ono samo to robi. Niektóre dzieci chcą oparcia i pewności, że robią coś razem, inne (mimo że robicie coś razem) chcą mieć pewność, że są samodzielne. Więc wzmacniaj tę pewność mówiąc "Zosia maluje", "Zosia trzyma", "Zosia umie". Jak już z Zuzią namalowałyśmy te wszystkie motylki i kwiatuszki, zostawiłam Zu samą z pisakami i kartką i namalowała tęczę. Całkiem nieźle trzymała pisaki, aczkolwiek trzymała je wysoko. I to wypracujemy, ale już po jednorazowej sesji zmierzała do takiego układu paluszków jaki powtórzyłyśmy kilkanaście razy, już po tej jednej zabawie wybierała pisaki po kolei (aktualnie jest na etapie różowego i tylko ten wybierała zanim zastosowałam taktykę odkładania daleko już użytego koloru), pięknie je otwierała i zamykała (gdy dawałam jej pisaki i zostawiałam samą, pisaki wiecznie zostawały otwarte). 

I ile radości z tychże samogłosek! Pora chyba je odłożyć i zająć się zwierzątkami i czytaniem wyrażeń dźwiękonaśladowczych.

A tutaj filmy:


1. Tworzymy - sprawność manualna przy otwieraniu i zamykaniu pisaków, chwytaniu pisaka.

2. Czytamy - przy okazji ćwiczymy praksję oralną szeroko otwierając usta do samogłosek.

3. Zu samodzielnie rysuje - tęczę, jak mi zdradziła.

wtorek, 17 marca 2015

Nauka czytania metodą symultaniczno-sekwencyjną (samogłoski)

Nadszedł dzień, w którym Zuzia (2;4) trafia do Internetu. Długo wzbranialiśmy się z mężem przed prezentowaniem na forum publicznym wizerunku naszych dzieci. W końcu uznaliśmy, że dla celów terapeutycznych, naukowych warto to zrobić. 

Prezentujemy z Zu jak można pracować z książeczkami "Samogłoski" z serii "Kocham czytać" J. Cieszyńskiej. Kiedy uczyłam Zuzię czytać samogłoski, dodatkowo stosowałam Gesty Wizualizacyjne - to właśnie je wskazuje dziewczynka. 

I tak:
- A to odwiedzenie brody w dół
- Y to uniesienie rąk do góry i wysunięcie lekko brody (u Zu Y w izolacji brzmi bardziej jak I, pracujemy nad tym ;))
- U to podłożenie pod brodę pięści ułożonej w "beczkę"
- O to obrysowanie palcem okrągłych jak jajeczko ust
- E to wskazanie na lekko wystający język
- I to wskazanie palcem szeroko rozciągniętych ust.

To są akurat gesty J. Cieszyńskiej, ale sporo innych autorów wymyśliło systemy gestów wspierających mówienie (artykulację). W gestach Cieszyńskiej chodzi o to, by połączyć ruch z zakresu małej motoryki z ruchem tzw. praksji oralnej i/lub obrazem zapisanej litery. To zawsze wskazanie na ułożenie narządów mowy (żeby wypowiedzieć O trzeba zaokrąglić usta, żeby wypowiedzieć U - ściągnąć je w dzióbek itd.). Wysunięcie języka przy E oczywiście jest czymś więcej niż trzeba w prawidłowej artykulacji tej głoski, autorka GW twierdzi wszak, że z obserwacji jej i użytkowników GW to wyolbrzymienie pomaga dzieciom w prawidłowej artykulacji i jej odróżnieniu od A a z czasem wysuwanie języka ustępuje samoistnie. 

A i Y graficznie są bardzo podobne, może dorosłym ciężko to zauważyć, bo mają ich obraz już mocno utrwalony. Jednak przyjrzyjcie się dobrze: A jest prawie takie samo jak Y, tylko odwrócone i z małą kreseczką pośrodku. Dla dzieci z ryzyka dysleksji i innych z zaburzeniami spostrzegania wzrokowego bądź funkcjonowania lewej półkuli mózgu (dostrzegania różnic) one są naprawdę podobne. Moja Zuza mimo, że widziała i czytała te literki serki razy wciąż je myli. A wystarczy, że przypomnę jej "rączki do góry" i już wie, że to nie A lecz Y. Dlatego szczerze zachęcam do używania GW podczas nauki samogłosek. 

Kiedy uczymy małe dziecko, używanie naukowego języka jest absurdalne, najlepiej wykorzystać mechanizm naśladowania: przesadnie prezentujemy układ ust, gdy sami wypowiadamy głoskę, dodatkowo stosując umowny gest. To oddziaływanie na wiele zmysłów: słuch (dźwięk głoski), wzrok (układ ust), dotyk (gest). Żeby się czegoś nauczyć trzeba tego doświadczyć, prawda? :)


Na marginesie chciałabym dodać, że moja Zu uwielbia czytanie. Sama dopomina się, że chce czytać. Gdy pytam w co chce się bawić często wybiera właśnie czytanie. Mój cel wczesnego nauczania czytania własnego dziecka został więc osiągnięty: dla Zu to przyjemność a nie przykry obowiązek. Nawiązując jednak do akcji "Cała Polska czyta dzieciom" i filmiku na którym ojciec na sali porodowej zaczyna czytać bajkę, chciałabym uspokoić rodziców, których dzieci za nic nie chcą słuchać, gdy rodzice im czytają. Moja Zuza bardzo długo też nie chciała. Jako dla polonistki i miłośniczki literatury było to dla mnie trudne doświadczenie, zwłaszcza gdy czytałam o tych wszystkich pięknych rodzinach, w których dzieci zasypiają podczas czytania bajek. Od urodzenia! Moja, gdy zaczynałam czytać, buntowała się. Jako niemowlę protestowała płaczem i zniecierpliwieniem, jako starsze niemowlę słowem "nie". Nie zrażałam się i wracałam do książek w różnych porach dnia, w końcu polubiła to. Za sprawą książeczek z serii "Mini Cotkotu" - zdążyłam przeczytać krótki tekst nim Zu w błyskawicznym tempie przewróciła stronę a zagadka na końcu książeczki była dla niej nagrodą, do której lubiła wracać. Na marginesie dwa: bajki i baśnie są dla maluszków za trudne, one nie rozumieją jeszcze tego skomplikowanego języka. U maluszków zaczynamy przygodę ze słuchaniem czytanego tekstu od rytmicznych prostych wierszyków, początkowo bowiem dzieci słuchają melodii. I dużo nazywamy, opowiadamy własnymi słowami wskazując palcem, zadajemy pytania, zachęcając do wskazywania i odpowiadania. I jeszcze nawiązując do filmiku: Zu już wszystko powtarza, dlatego czytanie książeczek wykorzystuję jako zachętę do wypowiadania dłuższych konstrukcji. Kolejne książeczki z serii wykorzystujemy do pracy nad wyrazistością wymowy, po prostu wyraźnie układam moje usta (np. przy ciszących kwadracik z ust, przy wargowo-zębowych zagryzanie wargi) i używam GA i skłaniam córkę by popatrzyła na mnie i powtórzyła. Proszę także zwrócić uwagę na moje powtarzanie zdań za Zuzią. Nie komentuję, czy powiedziała dobrze czy źle, nie poprawiam a jedynie powtarzam w sposób artykulacyjnie czysty - podając jej tym samym wzór. Taki sposób nie zniechęca do mówienia.

I jeszcze - dla osób, które nie znają podstawowych założeń nauki czytania ww. metodą. Uczymy czytać tylko samogłoski, nie cały alfabet. Spółgłoski pojawiają się w sylabach (PA PO PU PÓ PE PI PY, MA MO MU MÓ ME MI MY itd.). Dlaczego to tak ważne? Spróbuję wyjaśnić prostym językiem. SAMOgłoski są samodzielne. Można usłyszeć SAMĄ samo-głoskę i wypowiedzieć ją SAMĄ. Natomiast SPÓŁgłoski są niesamodzielne. Litery, które są graficznym obrazem głosek (dźwięków) nie oddają tej dwoistości. Alfabet to kolejno A B C D... Głoski brzmią A By Cy Dy Zy... a liter A Be Ce De Zet... itd. Pojawia się tzw. element wokaliczny, ponieważ SPÓŁgłoski nie mogą występować SAMOdzielnie. W sylabach, wyrazach i tekstach tego elementu wokalicznego nie słychać, natomiast w izolacji zawsze. Bo (powtarzam raz jeszcze) taka natura SPÓŁgłosek: zawsze występuję wSPÓLnie z innym dźwiękiem. Aby dzieciom więc nie robić wody z mózgu, nie uczymy nazw liter czy głosek a od razu wprowadzamy takie konstrukcje, które da się wypowiedzieć. Nigdy w metodzie symultaniczno-sekwencyjnej nie powiemy dziecku zdani typu "P jak parasol" bo przecież tak naprawdę mówimy i słyszymy "py jak parasol" co prawdą nie jest (parasol zaczyna się przecież na PA). Uczulam, że znajomość alfabetu ma się do nauki czytania tak jak znajomość tabliczki mnożenia do umiejętności gotowania jajek. Albo gorzej, bo może utrudniać naukę czytania. Ale to już dłuższy temat na odrębną rozmowę. Tu tylko sygnalizuję.


piątek, 6 marca 2015

Berecik dla Julki

Niezmiernie dużo czasu minęło odkąd uszyłam dla półrocznej Julki berecik. Święta wszak już minęły i prezent został wręczony, niespodzianki więc nie zdradzę publikując tę zakurzoną notkę. Spodobało mi się szycie ze swetrów. Bo jest szybkie i proste! Proszę, jakie eleganckie obszycie:


Szyłam jak czapeczkę dla Zu, z dwóch materiałów: grubszego różu i cieńszego granatu (dzianina?). Odwróciłam kolory, tak że dla Julki to róż jest stroną prawą. A dlaczego beret? Taki kształt nadał sweter ;)

I mój ulubiony element zdobniczy: kokardka. Tym razem maleńka, dyskretna.

Garść instrukcji krawieckich w odnośniku do czapki Zu.

wtorek, 3 marca 2015

Adaś!

Zuzka ma notkę obwieszczającą jej przyjście na świat, pora więc ogłosić narodziny Adasia. Jak napisał mój mąż: pAnna porodziła syna, a stało się to 24.01.2015r. o godz. 12.40. Syn zdrów, 10 punktów otrzymał, 54cm mierzył a 3320g ważył. Dziś ma 5 i pół tygodnia i jego stópka (jak i reszta ciała) nie jest już tak drobniutka jak na fotografii: Adaś bowiem, mimo 8-dniowego zmagania się z zapaleniem płuc, rośnie w siłę i przybrał już dwa tłuściutkie kilogramy!


Zdjęcie mgliste, bo mimo swej sennej natury, do zdjęcia Adam nie chciał zapozować ;)

poniedziałek, 2 marca 2015

Nauka czytania samogłosek z wykorzystaniem zestawu "Gdzie jest A?"

Z dwulatkami (małymi dziećmi) jest tak, że bez zabawy uczyć się nie chcą. I bardzo dobrze - takie ich prawo, taka ich natura! Dodatkowo 2-latki przechodzą niezwykle ważny rozwojowo czas - tzw. bunt dwulatka. Lepiej nie próbować się wtedy z nimi kłócić. Będzie mur zwielokrotnionego NIE. Jak tutaj - Spacer versus zabawa. Więc zamiast kłótni - płynne przejście do ćwiczenia w inny sposób. Bo stanowczość i konsekwencja rodzica/opiekuna/terapeuty wcale nie oznacza toczenia bitwy z dzieckiem. Dziecko nie musi wiedzieć, że oto robi właśnie to ćwiczenie, które chce przeprowadzić terapeuta. Terapeuta nie musi trzymać się kurczowo schematu, zaplanowanej wersji zdarzeń. Jak nie drzwiami to oknem - byle wejść do jego świata :) Z moją Zuzką często napotykam na NIE dla NIE. Nie mówię, że jest łatwo się nie zdenerwować, ale raz po raz przekonuję się, że wystarczy zmienić sposób a już Kluska chętnie bawi się w to, co założyłam. Jak na filmiku ;) Z 24.11.2014r. (w końcu mam czas na odgrzebanie staroci ;)).

Materiał użyty w filmie to zestaw "Gdzie jest A?" z konferencji-logopedycznych.

To moje "rączki do góry" gdy ZU nie może sobie przypomnieć nazwy "Y" to odwołanie do prawopółkulowych mechanizmów  nauki czytania. Gest artykulacyjny wzniesienia ramion odwołuje się do obrazu graficznego litery (czyż Y nie wygląda jakby podnosiło ramiona do góry?), to odwołanie do sytuacji - ucząc Kluskę samogłosek pokazywałam jej obrazki sytuacyjne, na jednym z nich chłopiec który wygrał zawody podnosił właśnie rączki do góry i krzyczał radośnie Y! Na marginesie - muszę kiedyś pokazać Państwu mój handmadowy zestaw samogłosek z obrazkami. Dopiero pracując na nim z Zuzią zorientowałam się bowiem, że łaciata świnka to niezbyt fortunny wybór: ZU konsekwentnie bowiem ten obrazek czytała jako "MU" :) Więcej o gestach artykulacyjnych można znaleźć TU i TU. W pierwszej z uzasadnieniem teoretycznym i metodologią postępowania przy korekcie wad wymowy czy wywoływaniu głosek w wszelkich ORMach, w drugiej sztywne kartoniki z gestem i głoską - taka ściąga. A propos: wywołując czy ucząc prawidłowej artykulacji głosek na kolejnych etapach dobrze jest korzystać z tzw. wsparcia polisensorycznego, czyli oddziaływania na wszystkie zmysły. Logopeda musi znać fantastycznie fonetykę i fonologię języka polskiego, wiedzieć co gdzie i czego dotyka, w którym miejscu "ust" jest szczelina czy zwarcie itd. Do tego szczypta wyobraźni i twórczości i można przemawiać do wyobraźni i odczuć dziecka/dorosłego. Wsparcie polisensoryczne to pantomima dłoni, mówienie do ręki (policzka), przykładanie dłoni do ust, krtani, wskazywanie na ciepło oddechu, sposób jego rozpraszania, rysowanie głosek etc. Jest wiele sposobów, a praktyka nadal zaskakuje. Kiedyś mój uczeń (dorosły, r jednowibracyjne) ćwiczył z uporem wibracje apeksu powtarzając logotomy z podwojonym D i inne zbitki zbliżające do dziąsłowej drżącej. Eureka wykrzyknął dopiero wtedy, gdy przypadkowo spadł mu na ziemię ołówek, a ten - schylając się po niego, i wciąż ćwicząc zbitki - usłyszał własne zwielokrotnione r! Gdyby nie upór w ćwiczeniach przypadek nie zamieniłby się w tak szczęśliwe zakończenie - dlatego dodaję otuchy wszystkim tym, którym nie chce wskoczyć upragniona głoska: uda się! 

środa, 11 lutego 2015

Znasz zasadę, ale i tak robisz błędy ortograficzne? O myśleniu przez analogię słów kilka.

Jedną z operacji myślowych niezbędnych do nauki czytania i pisania jest myślenie przez analogię. Inne to operacje szeregowania, klasyfikowania, dostrzegania relacji między elementami zbioru, porównywania. To dlatego nauka czytania metodą symultaniczno-sekwencyjną zakłada poza poznawaniem materiału językowego ćwiczenia bardziej elementarnych zdolności. Hola hola, ale chyba nie piszę jak do ludzi tylko studentów (bez obrazy dla tych drugich - ostatecznie też ludzi)! Jeszcze raz:

Myślenie przez analogię to porównywanie, kojarzenie. Na podstawie kilku przykładów wyodrębniam zasadę, wzór i kolejne zadanie wykonuję ANALOGICZNIE. Każdy z Was z pewnością zna jakąś osobę dyslektyczną, która zna reguły ortograficzne a mimo to sadzi byki w najbardziej oczywistych miejscach. To właśnie mechanizm myślenia przez analogię zawodzi. Znajomość reguł nie jest jednoznaczna z umiejętnością zauważania ich w konkretnych przykładach, ponownego wyabstrahowania i zastosowania. Dlatego tak ważne są tego typu ćwiczenia dla dzieci zagrożonych dysleksją, dzieci "prawopółkulowych" czy z wzorem lateralizacji innym niż lewopółkulowy. Program terapii osób z dysleksją zakładać powinien ćwiczenia abstrahowania reguł oraz uczenia ortografii prawopółkulowego - czyli uczenia się słówek na pamięć, tak jak w języku obcym. "Zrobienia zdjęcia" słowu i zapamiętania go jako całości. Czyli wykorzystania mocnego mechanizmu prawopółkulowego. Propozycja dla dzieci z tak opracowanym materiałem to Symultaniczne ćwiczenia ortograficzne. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by w podobny sposób wykorzystać jakikolwiek podręcznik do nauki języka obcego (pilnując, by pod obrazkiem poprawnie wpisać polskie słowo) lub inne karty z potrzebnym materiałem językowo-obrazkowym (atlas anatomiczny? mapa świata? :))

Zestawy gotowych analogii można "zanabyć" w wydawnictwie Arson - przygotował je duet Nepomuceno, Nallur: Tematyczne i Atematyczne lub w konferencjach logopedycznych. Pierwsze zestawy są droższe, ale zawierają aż po 70 kart ćwiczeń! Wykonane są bardzo starannie, intensywne barwy, twardy karton, ładna kreska. Jedyny minus to to, że karty do użycia trzeba sobie wyciąć, opisać i pospinać. Roboty na 3 godziny, a gdybym nie miała gilotyny chyba na 8. Bo każda z tych 70 kart zawiera 5 obrazków do wycięcia i opisania - żeby potem w tym nie zginąć i wiedzieć do której karty dane obrazki. Szkoda, że producent nie pofatygował się aby obrazki na odwrocie podpisać i wyciąć albo chociaż zrobić perforacje do wytargania. Wszak, jako że w życiu kieruję się zasadą "always look on the bright side of life", potraktowałam te utrudnienia jako okazję do wyciszenia i medytacji oraz obmyślenia twórczego wykorzystania ścinków. A co!

W każdym razie prezentujemy z Zuzą jak pracować z analogiami:
(To analogie z konferencji-logopedycznych. Nagranie z 24.11.2014r. Z każdym ćwiczeniem logopedycznych jest tak, że dostosowujemy je do możliwości dziecka. Akurat wtedy ZU używała wyrażeń dźwiękonaśladowczych i zaczynała używać nazw. Dlatego prosiłam ją o nazwanie zwierzątek, o określenie co robią, sprawdzałam znajomość słownictwa (gdzie jest grzybek? gdzie pajęczynka?). Zu miała wtedy 2 lata i 24 dni więc polecenie też było proste: językowo opisywałam jej analogię (bocian je żabę). Ze starszymi dziećmi można próbować bez nazywania - aby dziecię samo nazwało przedstawione sytuacje.)

(I jeszcze jeden zestaw z konferencji-logopedycznych. Można też w tę stronę: najpierw nazwanie obrazków, potem zapoznanie się z analogiami. Ciekawostkia: żeby dziecię powiedziało "j" (jak w słowie "jajo") wystarczy podczas artykulacji nacisnąć mu dołek w brodzie. Albo nacisnąć swój i poprosić by zrobiło to samo. U nas pięknie wchodzi. Kiedy Kluskę uczyłam mówić "JE" sama sobie po pewnym czasie pomagała paluszkiem. W tym ćwiczeniu akurat nie zwróciłam na to uwagi, czasem ZU udaje się powiedzieć J, czasem nie. Jej mowa wciąż się rozwija :))

(Niektóre analogie są bardzo trudne (wciąż k-l), wtedy można je wykorzystać do budowania wiedzy o świecie - tak jak w powyższym filmiku.)

(Inne analogie to dla Kluski bułka z masłem. Więc na zbyt łatwym materiale ćwiczymy system fonetyczno-fonologiczny, czyli artykulację poprzez powtarzanie.)

Niestety na filmik nagrany dzisiaj (z analogiami z Arsonu) wkradł mi się mistrz drugiego planu w postaci Adasia więc muszę go ocenzurować przed opublikowaniem. To może potrwać.

A wracając do ścinek - może macie jakieś pomysły na ich kreatywne wykorzystanie? To paski grubego papieru o wymiarach 20,5x4cm, 10x2cm, 16x1,5cm oraz prostokąty 5,3x4,3cm. Na pewno posłużą mi do ćwiczeń na sylabach: sekwencji, analizy i syntezy wzrokowej, ćwiczeń typu "co nie pasuje?" - są szybkie w wykonaniu i dzieci je lubią, bo... ale o tym kiedy indziej.

Jeszcze analogii z k-l nie opisałam. Kart jest dużo mniej, ale przez to i cena niższa. I są gotowe do użycia od razu: wycięte, opisane, posegregowane. To także ćwiczenia innego typu niż z Arsonu: powiedziałabym, że bardziej życiowe, arsonowskie zaś bardziej "matematyczne".

Jak zainteresować dziecko ćwiczeniami pamięci symultanicznej i sekwencyjnej?

Sporo dzieci, które diagnozuję i których terapię prowadzę nie lubi ćwiczeń pamięci. Albo ich nie rozumie. Wzorując się próbami z SONu i pomysłem Pani A. P. (przygotowała samolot z okienkami działający wg zasad, które zaraz opiszę) postanowiłam ubrać to ćwiczenie w zabawę. Dotąd miałam same okienka. Nie dla wszystkich dzieci były one czytelne. Podczas dzisiejszej diagnozy 2,5-latka zobaczę jak sobie poradzi z okienkami w statku. A Państwu opisuję "jak to się robi".

Ćwiczenia pamięci w metodzie krakowskiej to przede wszystkim ćwiczenia pamięci symultanicznej (przetwarzanej przez prawą półkulę mózgu, która działa holistycznie, całościowo), ćwiczenia pamięci sekwencyjnej (przetwarzanej przez lewą półkulę mózgu, która działa sekwencyjnie, szczegółowo) czy ćwiczenia pojemności pamięci. W terapii zazwyczaj zaczynamy od ćwiczeń pamięci symultanicznej, gdyż są one łatwiejsze dla dzieci z zaburzeniami języka.

Do ćwiczenia należy przygotować sobie zestawy obrazków - po dwa takie same. Poniżej planszy układamy obrazki z których wybierać będzie dziecię, dla siebie zostawiamy komplet takich samych obrazków. Kiedy w okienkach układamy obrazki, które ma zapamiętać dziecię, jego obrazki powinny być zasłonięte - by nie rozpraszać i nie sugerować.

PAMIĘĆ SEKWENYCJNA
1. W pierwszym po lewej okienku układamy jeden z obrazków. Możemy użyć polecenia typu "taki tu, zapamiętaj". Zasłaniamy go.

 2. W drugim okienku układamy drugi obrazek, polecenie, zasłaniamy. Jeśli mielibyśmy więcej okienek analogicznie postępowalibyśmy z kolejnymi. To bardzo ważne żeby zachować porządek od lewej do prawej, bo taki jest w naszej kulturze kierunek czytania i pisania.



3. Teraz dziecko układa zapamiętany układ. Tu także pilnujemy porządku od lewej do prawej - za każdym razem, aż dziecię zapamięta i utrwali kierunek. Ważne jest także pilnowanie dominującej ręki. Na tym etapie dopiero odsłaniamy obrazki dziecka.

4. I sprawdzamy. Także po kolei. I cieszymy się lub zdumiewamy, jeśli się nie udało (moja 2-latka tak polubiła słowo "gapa", że w czymkolwiek się w codzienności pomyli, np. skarpetkę na lewo ubierze, od razu naśladując moją przesadną intonację mówi "Zizi gapa", chwyta się za twarz - klasyczny facepalm - kręci głową i się śmieje. Cudo!).


PAMIĘĆ SYMULTANICZNA
1. Układamy obrazki w obu okienkach jednocześnie, i jednocześnie je zakrywamy.

2. Dziecię układa zapamiętane obrazki, i pilnujemy porządku od lewej do prawej.

3. Sprawdzamy jak w przypadku pamięci sekwencyjnej.

Wykonanie: kolorowy blok techniczny, nożyczki, klej, rzep na taśmie. Użyte przeze mnie obrazki pochodzą z zestawu Sedivy - Ćwiczenia pamięci.

niedziela, 8 lutego 2015

DIY - kategoryzujemy klocki i ćwiczymy rączki

Przedstawione ćwiczenie będzie służyć ćwiczeniu:
- kategoryzacji atematycznej
- sprawności manualnej
- koordynacji oko-ręka.

Zależnie od tego jaką zasadę pokażemy dziecięciu, możemy ćwiczyć kategoryzacje:
- kształtu bez względu na kolor
- koloru bez względu na kształt

Kluska Zuzka 4 grudnia 2014r. bawiła się tak:

Bardzo łatwo zrobić taką zabawkę. Wystarczy jednorazowa brytfanka foliowa, kilka słomek (rurek), taśma klejąca i kolorowe (aby atrakcyjne) kształty. My akurat mamy gotowce z zestawu "Wzory kolory memory", można wszak wykonać je samodzielnie z kolorowego kartonu, pianek czy sztywnego filcu. Czas wykonania zabawki: 2 minuty. Czas jej trwałości: 15 minut ;) - bo matce się nie chciało z dzieckiem bawić, a dziecko chciało sprawdzić "jak to jest zrobione?" :)

O innych kategoryzacjach pisałam tu i tu.

piątek, 6 lutego 2015

DIY - zając, szop i myszka z rolek po papierze toaletowym

Pani Kasia z smykoterapii zrobiła piękne zabawki. O takie.  Moje na wzór i podobieństwo powyższych, jednak nie tak precyzyjne:

Potrzebne będą:
- dwie rolki po papierze toaletowym
- nożyczki
- klej
- pianka w arkuszach (lub filc czy kolorowy papier - wedle uznania)
- czarny marker
- kreda w pisaku.

Kreda w pisaku jest fajnym rozwiązaniem, bo już nie trzeba wycinać małych elementów (białek oczu), natomiast pianka jest przyjemna w dotyku i wypukła, przez to ciekawsze niż zwykły papier.

Mamy już kolejną rolkę, będzie zając ;) A maszyna nawet nawet daje radę z szyciem ściegiem prostym (niestety przy zygzaku rwie się górna nić :/) więc coś niedługo uszyję :)

edit: jest i zając: