czwartek, 22 października 2015

Od jedzenia do mówienia - karmienie łyżeczką i BLW okiem logopedy

Kończy się powoli Tydzień Bliskości w Nowym Targu. Pogoda nas nie rozpieszcza, w domu armagedon, bo groźnie brzmiący "wirus bostoński" rozłożył na łopatki wszystkich domowników poza mną, ale serce moje zdążyło się dwa razy uradować - raz po mojej prelekcji, kiedy to prawie roczny Karolek wdrapał mi się na kolana, uśmiechnął radośnie i zaczął bić brawo (kogoż nie ucieszyłyby takie dowody uznania ;)) i drugi raz, gdy na zdjęciach z kolejnych spotkań zobaczyłam osoby, które sama zapraszałam na wydarzenie. Miło, że w Nowym Targu można i takie ziarno siać. Więcej informacji można znaleźć na stronach Tydzień Bliskości w NT i MOK NT.

Moje wystąpienie zaplanowałam sobie jako wykład nt. rozszerzania diety. To mój top temat, bo syn osobisty jest właśnie na tym etapie. Jestem człowiekiem szalenie refleksyjnym (patrz moja druga aktywność blogowa: Obmyślam świat 1), dlatego zamiast - w obliczu tak wielu aktywności, które są moim udziałem - zreferować po prostu jakiejś podejście, zabrałam się za rozważanie sensowności klasycznego modelu rozszerzania diety (karmienie łyżeczką) vs nowej mody - BLW. A zaczęłam w ogóle od odruchu ssania w ujęciu Masgutowej i Regner. I wiecie co? Tak, czuję się spełniona. Dużo wysiłku i stresu kosztują mnie te moje przedsięwzięcia, bo w końcu coś stwarzam, a to zawsze jest ryzykowne, jednak myślę sobie - cóż, raz że muszę, bo inaczej się uduszę, dwa - jest to jednak wartościowe i wzbogacające. Liczę, że nie tylko dla mnie, ale i słuchaczy ;)

W każdym razie wykład przewidziany był w ramach Tygodnia Bliskości w mieście, w którym teraz mieszkam. Odbiorcami byli rodzice. Moje rozważania mieściły się w kręgu RB a więc i to zdefiniowałam: czym dla mnie owo rodzicielstwo jest. Może po tym wykładzie, gdy powtórnie zmierzyłam się z tematem, przeredaguję swój artykuł tak, by tym razem dziecisawazne.pl przyjęło tekst bez przytłaczających zmian ;)

Przy okazji montowania przemówienia zrodziło nam się rodzinne powiedzenie. Chciałam ująć okiem kamery to jak pracuje kompleks ustno-twarzowy (haha, wiem - brzmi strasznie ;)) podczas jedzenia łyżeczką i podczas samodzielnego jedzenia kawałków pokarmów, przy okazji udało mi się złapać momenty zakrztuszeń (mąż mówi, że po prelekcji powinnam wprowadzić Adasia, żeby pokazać słuchaczom, że Adaś jest cały i zdrowy, bo momentami filmy były drastyczne :P) i zabawy. Bo zabawa to jest jedna z rzeczy, które poruszałam w wykładzie, nie zgadzając się z przedstawicielami BLW.

W każdym razie Państwu chciałabym pokazać właśnie ten fragment. "A kuku zupka" jako kwintesencja mojego rozważania o rozszerzaniu diety, o rodzicielstwie, o codzienności. Radość z małych rzeczy, bycie w zgodzie z samym sobą, bycie tu i teraz. Mistyka codzienności.




sobota, 3 października 2015

Metoda Krakowska - szanse i zagrożenia część 1

Rodzice moich uczniów pytają mnie czasem, jak to jest z tą Metodą Krakowską. Bo ktoś im powiedział (specjalista), bo gdzieś przeczytali, a przecież widzą, że ich dziecku się u mnie krzywda nie dzieje, więcej - dziecię przychodzi chętnie, i są efekty naszej współpracy. Z moimi rodzicami rozmawiam poruszając każdą z istotnych dla ich dzieci kwestii, Państwu napiszę tylko tak: owszem, MK jest zagrożeniem dla terapeuty i dziecka. Może zrobię taki cykl artykułów: szanse i zagrożenia stosowania MK? Bo dziś już widzę, że nie mam czasu zebrać wszystkich moich spostrzeżeń. Więc tylko z jednego zakresu, odnośnie informacji ze strony centrum metody:

ABY BYĆ TERAPEUTĄ MK MUSISZ PRACOWAĆ PRZEZ X CZASU TYLKO METODĄ KRAKOWSKĄ. To obostrzenie budzi sprzeciw. Od (1) prozaicznych spraw poczynając (ja np. nie pracuję tylko z dziećmi, ale także z dorosłymi - studentami szkoły teatralnej, dla których liczy się wzorowa dykcja, świadomość oddechu itp. - nie zaś (upraszczając) czytanie sylabami i usprawnianie funkcji poznawczych), przez (2) obraz propagatorów metody (chodzi faktycznie o dobro dzieci i nie-robienie-wody-z-mózgu poprzez mieszanie wielu metod (autorzy porównują to do leczenia chorób somatycznych: leczenie jednocześnie u różnych lekarzy różnymi lekami nieść może opłakane skutki dla organizmu) czy o wyłączność z uwagi na zyski?), (3) wykonawców metody (kiedy zaczynałam pracę na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej logopeda tamtejszy uprzedzał mnie: "Nic ci tutaj po logopedii artystycznej i MK" - okazało się jednak, że to ćwiczenia fonacyjne opracowywane ze studentami fantastycznie przełożyły się na pracę z pacjentami po incydencie neurologicznym, natomiast maglowane przez pięć lat studiów logopedii według Metody Krakowskiej "zaczynaj od tego, co uczniowi bliskie" zaowocowało sensowną komunikacją z Panią z czystą afazją czuciową (sic! - czysto czuciowa afazja jest możliwa! Pani czytała czysto artykulacyjnie, w mowie czynnej afatyczny żargon, rozumienia brak - na początku) już po kilku dniach terapii). Więc owszem, jest zagrożeniem dla terapeuty zamknięcie się tylko na jedną metodę, jeden przypadek terapeutyczny - bo wtedy nie ma się całego horyzontu możliwości. Ale to nie tylko przywara MK, lecz każdej metody roszczącej sobie prawo do bycia jedyną i niepowtarzalną. I moneta ma drugą stronę. Na forum logopedycznym często spotykam się z opiniami specjalistów: nie pracujesz z dorosłymi, wyślij do innego logopedy. Nie pracujesz z autystami, dyslektykami, niesłyszącymi, laryngektomowanymi itd. - odeślij. A ja mówię: nieprawda. Nie odsyłaj z założenia. Logopedia jest jedna, podstawy są jedne: fonetyka, fonologia, rozwój człowieka, anatomia, neurologia, mięśniówka itd. Jeśli będziesz się bał i uciekał nigdy się nie nauczysz, więcej: przestaniesz się rozwijać i wzrastać. Człowiek (pacjent) jest jeden, a - niestety - często jestem świadkiem tego, jak różni specjaliści rozczłonkowują go na milion małych kawałków, i każdy chce leczyć swoją część, zapominając o CAŁOŚCI. Owszem, musisz mierzyć siły na zamiary, znać swoje możliwości, oceniać realnie kondycję swoją i swojego pacjenta. Z bólem duszy - bo czuję się odpowiedzialna za ludzi, których oswoiłam - "oddałam" ostatnio mojego ucznia innemu logopedzie. Bo nasze Spotkanie zbiegło się w takim momencie mojego życia, gdy nie miałam fizycznie czasu i możliwości szkolić się dla niego, dokształcać, sprawdzać. Gdy nie czułam się na tyle silna, by mu pomóc. A jego czas ucieka, jego złoty okres rozwoju jest w tym momencie. Terapeuta nigdy nie może wyłączyć MYŚLENIA i CZUCIA. Takie jest moje zdanie. I choćbym miała umierać w niepewności o jutro mojej własnej rodziny, mam na uwadze dobro moich pacjentów. Kolejne zagrożenie wynikające z poruszonego punktu: (4) dla pacjenta. Dobrze, zgadzam się, że z jednej strony aby zobaczyć efekty potrzeba czasu, z drugiej strony - ile czasu czekać, jeśli tych efektów nie ma i nie ma? Więcej: po co czekać, jeśli już przy pierwszym spotkaniu widać (tak myślę i tak czuję), że ta metoda teraz nie ma tu najmniejszego sensu? Moje własne dzieci wychowuję w duchu AP, to znaczy nie pozwalam sobie na traktowanie ich z góry z uwagi na fakt, że jeszcze nie są dorośli. Takie podejście mam również wobec każdego z moich uczniów i to nie pozwala mi interpretować ich zachowań w myśl z góry założonego schematu. Niestety w literaturze branżowej mieszają się obserwacje rzeczywistości z interpretacjami i opiniami, gdzieś gubi się to, co naukowe i mierzalne, z tym co filozoficzne i światopoglądowe. Normalna rzecz, że osobowość terapeuty rzutuje na jego pracę, jednak brak porządku w tym zakresie tworzy pole do nadużyć i nadinterpretacji..