wtorek, 17 listopada 2015

Decoupage - instrukcja w osobistej relacji

Nie wiem jak to napisać, przyznać się i czy rzeczywiście jest się czego wstydzić. Czego? Czasu. Ilości czasu, jaką mi trzeba było dla realizacji pierwszego w moim życiu projektu decoupage. Ile, zapytacie? Kilka miesięcy!

Przygotowania i jak to się w ogóle zaczęło...

Zaczęło się od okrągłych pudełeczek ze sklejki, które dostałam od N. i jej mamy oraz krótkiej rozmowy o decoupage. Na płaskich powierzchniach jest to rzecz niezmiernie łatwa, bo można użyć żelazka, nie trzeba bawić się w warstwy. Ale nie miałam pomysłu na zawartość tychże pudełek, za to wiele na puszki - puszki na herbatę, ciastka, kawę, mąkę, cukier - wszystko kuchenne. Czyli decoupage na metalu. Czyli warstwy. Napisałam więc na grupie "mama w mieście" prośbę o puszki po mm, puszki dostałam i pojechałam z dziećmi do sklepu budowlanego. I znów czułam się jak bohater domu, z półrocznym może wtedy Adasiem śpiącym w nosidełku w wózku i prawie 3-letnią Zuzią biegającą między alejkami. Klej vicol, pędzle, lakier, farba akrylowa, papier ścierny. A w hurtowni papierniczej serwetki. Mamy w mieście też piękny sklep "Artistico" z przyborami do decoupage i nie omieszkałam tam zajrzeć (nie wiem co jest z tym miastem, że niemal wszystkie sklepy mają dwa schodki - mówię wam, dramat dla matki z dziećmi vel wózkiem). Zamiast rzeczy do decoupage jednak kupiłam tam malusieńkie klamerki do prania - marzy mi się przygotowanie własnej książeczki edukacyjnej/sensorycznej z motywem prania między innymi. Ale to leży w szufladzie póki co (a mówiłam, że jakieś pół roku temu kupiłam sobie klej w pistolecie i jeszcze nie odpakowałam? Nie, że nie chcę, ale nie wymyśliłam jeszcze bezpiecznej przestrzeni w naszym M1 na takiż wynalazek). Wracając do decoupage. 

Przebieg, czyli jak to się stawało...

Całkiem szybko wzięłam się do malowania. Wpierw oczywiście puszki umyłam i wysuszyłam. Niestety korzystałam z instrukcji dedykowanych puszkom na ołówki czy świece, pomalowałam więc wewnętrzny rand puszek także. Błąd, bo moje puszki z założenia miały służyć przechowywaniu jedzenia. Wybrnąć z tego można w jeden sposób: do puszek wkładać jedzenie w opakowaniach (oryginalnych lub np. strunowych woreczkach). Dzięki temu błędowi ukonkretniłam wszak pomysł na puszki i postanowiłam, że będą to pojemniki na coś dobrego. Bo coś dobrego to rzecz, która w każdym domu być musi bezwzględnie. Na czarną godzinę, na smutki, ku radości. Przygotowałam sobie 10 puszek (z 33 w których posiadanie weszłam) i pokryłam je 3 bądź 4 warstwami farby akrylowej. Białej. Gdy wyschły, przystąpiłam do etapu przyklejania motywów. Pędzelkiem nakładałam klej na miejsce na puszcze , do którego chciałam przykleić serwetkę, a potem jeszcze smarowałam tym klejem po motywie. Nie wiem czy nie przesadziłam, ale było to trwałe i się nie rwało. Raz a dobrze nie przeczytałam instrukcji, tylko kleiłam, malowałam, targałam te serwetki między gotowaniem obiadu, usypianiem dziecięcia, zmywaniem naczyń. Nie polecam takiego podejścia do sprawy. Z lakierowaniem czekałam dość długo, bo mąż nalegał by nie robić tego w domu. Ale jeśli nie w domu to gdzie? W końcu zamknęłam się w łazience i spryskałam pierwszą puszkę. Niestety, okazało się, że lakierowanie zamiast wyostrzyć motywy, zasnuło je gęstą mgłą. Zmarnowałam trzecią puszkę (pierwszą zmarnowałam malując puszkę niedomytym (zielonym) pędzlem, drugą nie pamiętam jak, chyba jeszcze kombinowałam z rozkładem motywów i za duża naprzyklejałam. I cóż, przez to doświadczenie długo nie mogłam do puszek wrócić, wydelegowałam je na najwyższą szafkę w domu i tylko tęsknie spoglądałam ku nim zastanawiając się, kiedy nadejdzie ich czas. W końcu kupiłam drugi lakier - tym razem do pokrywania pędzlem, półmat (wcześniej był mat bezbarwny). I udało się! Lakier nie zamazał mi obrazków a utrwalił je i zrównał wszystkie warstwy! Oczywiście nim wzięłam się do pracy odczekał na półce miesząc lub dłużej. A przy okazji zakupu lakieru kupiłam też wałek i rynienkę(?) na poczet przyszłych puszek - od pędzla zostały wszak smugi.  Nie wspomniałam jeszcze o napisach. Robiłam je metodą transferu. Wymyśliłam sobie napis, kolor i rozmiar czcionki. Przykleiłam do kartki A4 pojedynczą białą serwetkę taśmą malarską - koniecznie ze wszystkich stron, ja robiłam tak aby drukarka bokami chwytała samą kartkę, nie z serwetką i taśmą - i na tejże serwetce wydrukowałam napisy. Odkleiłam i wytargałam. Voilla! Gdy po kilku tygodniach dodrukowywałam napisy przeżyłam chwilę grozy, bo znów nie zajrzałam do instrukcji a pamięć zawiodła, i nie podkleiłam serwetki ze wszystkich stron, co skończyło się skosztowaniem serwetki przez nowiuteńką prawie że drukarkę. Na szczęście mąż uratował drukarkę. Ale zabronił mi drukowania serwetek. Dlatego też puszek z czymś dobrym jest w tym momencie tylko pięć (trzy białe z tamtych dziesięciu jeszcze nie są oklejone bo właśnie napisów brak). Wszak zbieram się na odwagę ponownego wydruku - w końcu pamiętam jak okleić by było dobrze... A i nie wiem teraz ile było pierwotnie puszek, 10 czy 11, zmarnowałam 2 czy 3, bo coś mi się rachunki powyżej nie zgadzają. Mniejsza o to. Nie używałam ostatecznie papieru ściernego, i na etapie malowanie - pokrywałam wielobarwne puszki z mleka nutramigen farbą białą, i na etapie lakierowania - nie wyrównałam warstw. 

Produkt, czyli o co w tym chodzi...

Pamiętam z dzieciństwa miejsce w kuchni, w którym można było zawsze znaleźć coś dobrego. A właściwie miejsca - raz była to szuflada ze ścierkami, pod nimi ukryta była tabliczka czekolady, innym razem półka w najwyższym kącie kuchni - a w niej cukierki. Albo koszyk wielkanocny z ogromnym blokiem czekolady (miała chyba 4cm grubości, niestety - była gorzka!). I pamiętam jak raz na czas dopadał nas (mnie, moje rodzeństwo, tatę) wilczy głód na coś dobrego. Wiem, wiem, dziś się mówi ciągle o białej śmierci i szkodliwości słodyczy, ja zaś mówię - bez przesady! 

coś dobrego, które proponuję to magia. To archetyp. To TAK dla siebie, dla dziecka w sobie. To puchatkowe małe co nieco. Zachęcam, by takie w domu mieć i z niego korzystać, a jakże! 

coś dobrego jest dla wypieków na twarzy i wielkiej radości, że oto otwieramy puszeczkę i zaglądamy do jej wnętrza. 

coś dobrego to nie zawsze musi być słodycz. To może być bilet do kina albo bon na wspólny spacer, wyjście na basen tylko we dwoje (z mężem? z córką? z synem? sama z sobą? - każda opcja ma w sobie coś super!). Puszka dla naszego domu jeszcze nie jest zapełniona, na razie obmyślam puszki prezentowe. I tak, mam na twarzy wypieki, tak się cieszę na realizację tego kilkumiesięcznego pomysłu! 


All rights reserved

Treść wpisów oraz pomysły (o ile nie zaznaczyłam inaczej) są moje i podlegają ochronie praw autorskich. Proszę o uszanowanie mojej pracy i nie wykorzystywanie pomysłów bez mojej zgody.

niedziela, 8 listopada 2015

Jak zrobić wędkę? - szybki tutorial do zamiany ćwiczeń w zabawę

Twoje dziecko/uczeń/pacjent ma za zadanie powtórzyć wiele razy jakieś słowa/frazy/sylaby? A może matematyka i, dajmy na to, tabliczka mnożenia, żmudnie idzie w tabelkach? Wpisz ją w rybki! Załóż na rybki spinacze biurowe, a ze słomki, nici i kawałku magnesu zrób sobie wędkę! O ile jednak słomki czy nici to rzeczy, które jak nie w każdym domu, to w każdym sklepiku dostać można, skąd wziąć magnes? A choćby z lodówki czy zakładki do książki, wytnij z niego kawałek i już. Albo kup magnes na metry bądź arkusze a4 - fajna rzecz.


Udanej zabawy!