Rodzice moich uczniów pytają mnie czasem, jak to jest z tą Metodą Krakowską. Bo ktoś im powiedział (specjalista), bo gdzieś przeczytali, a przecież widzą, że ich dziecku się u mnie krzywda nie dzieje, więcej - dziecię przychodzi chętnie, i są efekty naszej współpracy. Z moimi rodzicami rozmawiam poruszając każdą z istotnych dla ich dzieci kwestii, Państwu napiszę tylko tak: owszem, MK jest zagrożeniem dla terapeuty i dziecka. Może zrobię taki cykl artykułów: szanse i zagrożenia stosowania MK? Bo dziś już widzę, że nie mam czasu zebrać wszystkich moich spostrzeżeń. Więc tylko z jednego zakresu, odnośnie informacji ze strony centrum metody:
ABY BYĆ TERAPEUTĄ MK MUSISZ PRACOWAĆ PRZEZ X CZASU TYLKO METODĄ KRAKOWSKĄ. To obostrzenie budzi sprzeciw. Od (1) prozaicznych spraw poczynając (ja np. nie pracuję tylko z dziećmi, ale także z dorosłymi - studentami szkoły teatralnej, dla których liczy się wzorowa dykcja, świadomość oddechu itp. - nie zaś (upraszczając) czytanie sylabami i usprawnianie funkcji poznawczych), przez (2) obraz propagatorów metody (chodzi faktycznie o dobro dzieci i nie-robienie-wody-z-mózgu poprzez mieszanie wielu metod (autorzy porównują to do leczenia chorób somatycznych: leczenie jednocześnie u różnych lekarzy różnymi lekami nieść może opłakane skutki dla organizmu) czy o wyłączność z uwagi na zyski?), (3) wykonawców metody (kiedy zaczynałam pracę na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej logopeda tamtejszy uprzedzał mnie: "Nic ci tutaj po logopedii artystycznej i MK" - okazało się jednak, że to ćwiczenia fonacyjne opracowywane ze studentami fantastycznie przełożyły się na pracę z pacjentami po incydencie neurologicznym, natomiast maglowane przez pięć lat studiów logopedii według Metody Krakowskiej "zaczynaj od tego, co uczniowi bliskie" zaowocowało sensowną komunikacją z Panią z czystą afazją czuciową (sic! - czysto czuciowa afazja jest możliwa! Pani czytała czysto artykulacyjnie, w mowie czynnej afatyczny żargon, rozumienia brak - na początku) już po kilku dniach terapii). Więc owszem, jest zagrożeniem dla terapeuty zamknięcie się tylko na jedną metodę, jeden przypadek terapeutyczny - bo wtedy nie ma się całego horyzontu możliwości. Ale to nie tylko przywara MK, lecz każdej metody roszczącej sobie prawo do bycia jedyną i niepowtarzalną. I moneta ma drugą stronę. Na forum logopedycznym często spotykam się z opiniami specjalistów: nie pracujesz z dorosłymi, wyślij do innego logopedy. Nie pracujesz z autystami, dyslektykami, niesłyszącymi, laryngektomowanymi itd. - odeślij. A ja mówię: nieprawda. Nie odsyłaj z założenia. Logopedia jest jedna, podstawy są jedne: fonetyka, fonologia, rozwój człowieka, anatomia, neurologia, mięśniówka itd. Jeśli będziesz się bał i uciekał nigdy się nie nauczysz, więcej: przestaniesz się rozwijać i wzrastać. Człowiek (pacjent) jest jeden, a - niestety - często jestem świadkiem tego, jak różni specjaliści rozczłonkowują go na milion małych kawałków, i każdy chce leczyć swoją część, zapominając o CAŁOŚCI. Owszem, musisz mierzyć siły na zamiary, znać swoje możliwości, oceniać realnie kondycję swoją i swojego pacjenta. Z bólem duszy - bo czuję się odpowiedzialna za ludzi, których oswoiłam - "oddałam" ostatnio mojego ucznia innemu logopedzie. Bo nasze Spotkanie zbiegło się w takim momencie mojego życia, gdy nie miałam fizycznie czasu i możliwości szkolić się dla niego, dokształcać, sprawdzać. Gdy nie czułam się na tyle silna, by mu pomóc. A jego czas ucieka, jego złoty okres rozwoju jest w tym momencie. Terapeuta nigdy nie może wyłączyć MYŚLENIA i CZUCIA. Takie jest moje zdanie. I choćbym miała umierać w niepewności o jutro mojej własnej rodziny, mam na uwadze dobro moich pacjentów. Kolejne zagrożenie wynikające z poruszonego punktu: (4) dla pacjenta. Dobrze, zgadzam się, że z jednej strony aby zobaczyć efekty potrzeba czasu, z drugiej strony - ile czasu czekać, jeśli tych efektów nie ma i nie ma? Więcej: po co czekać, jeśli już przy pierwszym spotkaniu widać (tak myślę i tak czuję), że ta metoda teraz nie ma tu najmniejszego sensu? Moje własne dzieci wychowuję w duchu AP, to znaczy nie pozwalam sobie na traktowanie ich z góry z uwagi na fakt, że jeszcze nie są dorośli. Takie podejście mam również wobec każdego z moich uczniów i to nie pozwala mi interpretować ich zachowań w myśl z góry założonego schematu. Niestety w literaturze branżowej mieszają się obserwacje rzeczywistości z interpretacjami i opiniami, gdzieś gubi się to, co naukowe i mierzalne, z tym co filozoficzne i światopoglądowe. Normalna rzecz, że osobowość terapeuty rzutuje na jego pracę, jednak brak porządku w tym zakresie tworzy pole do nadużyć i nadinterpretacji..


