sobota, 3 października 2015

Metoda Krakowska - szanse i zagrożenia część 1

Rodzice moich uczniów pytają mnie czasem, jak to jest z tą Metodą Krakowską. Bo ktoś im powiedział (specjalista), bo gdzieś przeczytali, a przecież widzą, że ich dziecku się u mnie krzywda nie dzieje, więcej - dziecię przychodzi chętnie, i są efekty naszej współpracy. Z moimi rodzicami rozmawiam poruszając każdą z istotnych dla ich dzieci kwestii, Państwu napiszę tylko tak: owszem, MK jest zagrożeniem dla terapeuty i dziecka. Może zrobię taki cykl artykułów: szanse i zagrożenia stosowania MK? Bo dziś już widzę, że nie mam czasu zebrać wszystkich moich spostrzeżeń. Więc tylko z jednego zakresu, odnośnie informacji ze strony centrum metody:

ABY BYĆ TERAPEUTĄ MK MUSISZ PRACOWAĆ PRZEZ X CZASU TYLKO METODĄ KRAKOWSKĄ. To obostrzenie budzi sprzeciw. Od (1) prozaicznych spraw poczynając (ja np. nie pracuję tylko z dziećmi, ale także z dorosłymi - studentami szkoły teatralnej, dla których liczy się wzorowa dykcja, świadomość oddechu itp. - nie zaś (upraszczając) czytanie sylabami i usprawnianie funkcji poznawczych), przez (2) obraz propagatorów metody (chodzi faktycznie o dobro dzieci i nie-robienie-wody-z-mózgu poprzez mieszanie wielu metod (autorzy porównują to do leczenia chorób somatycznych: leczenie jednocześnie u różnych lekarzy różnymi lekami nieść może opłakane skutki dla organizmu) czy o wyłączność z uwagi na zyski?), (3) wykonawców metody (kiedy zaczynałam pracę na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej logopeda tamtejszy uprzedzał mnie: "Nic ci tutaj po logopedii artystycznej i MK" - okazało się jednak, że to ćwiczenia fonacyjne opracowywane ze studentami fantastycznie przełożyły się na pracę z pacjentami po incydencie neurologicznym, natomiast maglowane przez pięć lat studiów logopedii według Metody Krakowskiej "zaczynaj od tego, co uczniowi bliskie" zaowocowało sensowną komunikacją z Panią z czystą afazją czuciową (sic! - czysto czuciowa afazja jest możliwa! Pani czytała czysto artykulacyjnie, w mowie czynnej afatyczny żargon, rozumienia brak - na początku) już po kilku dniach terapii). Więc owszem, jest zagrożeniem dla terapeuty zamknięcie się tylko na jedną metodę, jeden przypadek terapeutyczny - bo wtedy nie ma się całego horyzontu możliwości. Ale to nie tylko przywara MK, lecz każdej metody roszczącej sobie prawo do bycia jedyną i niepowtarzalną. I moneta ma drugą stronę. Na forum logopedycznym często spotykam się z opiniami specjalistów: nie pracujesz z dorosłymi, wyślij do innego logopedy. Nie pracujesz z autystami, dyslektykami, niesłyszącymi, laryngektomowanymi itd. - odeślij. A ja mówię: nieprawda. Nie odsyłaj z założenia. Logopedia jest jedna, podstawy są jedne: fonetyka, fonologia, rozwój człowieka, anatomia, neurologia, mięśniówka itd. Jeśli będziesz się bał i uciekał nigdy się nie nauczysz, więcej: przestaniesz się rozwijać i wzrastać. Człowiek (pacjent) jest jeden, a - niestety - często jestem świadkiem tego, jak różni specjaliści rozczłonkowują go na milion małych kawałków, i każdy chce leczyć swoją część, zapominając o CAŁOŚCI. Owszem, musisz mierzyć siły na zamiary, znać swoje możliwości, oceniać realnie kondycję swoją i swojego pacjenta. Z bólem duszy - bo czuję się odpowiedzialna za ludzi, których oswoiłam - "oddałam" ostatnio mojego ucznia innemu logopedzie. Bo nasze Spotkanie zbiegło się w takim momencie mojego życia, gdy nie miałam fizycznie czasu i możliwości szkolić się dla niego, dokształcać, sprawdzać. Gdy nie czułam się na tyle silna, by mu pomóc. A jego czas ucieka, jego złoty okres rozwoju jest w tym momencie. Terapeuta nigdy nie może wyłączyć MYŚLENIA i CZUCIA. Takie jest moje zdanie. I choćbym miała umierać w niepewności o jutro mojej własnej rodziny, mam na uwadze dobro moich pacjentów. Kolejne zagrożenie wynikające z poruszonego punktu: (4) dla pacjenta. Dobrze, zgadzam się, że z jednej strony aby zobaczyć efekty potrzeba czasu, z drugiej strony - ile czasu czekać, jeśli tych efektów nie ma i nie ma? Więcej: po co czekać, jeśli już przy pierwszym spotkaniu widać (tak myślę i tak czuję), że ta metoda teraz nie ma tu najmniejszego sensu? Moje własne dzieci wychowuję w duchu AP, to znaczy nie pozwalam sobie na traktowanie ich z góry z uwagi na fakt, że jeszcze nie są dorośli. Takie podejście mam również wobec każdego z moich uczniów i to nie pozwala mi interpretować ich zachowań w myśl z góry założonego schematu. Niestety w literaturze branżowej mieszają się obserwacje rzeczywistości z interpretacjami i opiniami, gdzieś gubi się to, co naukowe i mierzalne, z tym co filozoficzne i światopoglądowe. Normalna rzecz, że osobowość terapeuty rzutuje na jego pracę, jednak brak porządku w tym zakresie tworzy pole do nadużyć i nadinterpretacji..

czwartek, 17 września 2015

SYLABOWE ZGADYWANKI I WYOBRAŻANKI

SYLABOWE ZGADYWANKI I WYOBRAŻANKI
Ćwiczenia w czytaniu zgodne z metodą symultaniczno-sekwencyjną.

PRZYGOTOWANIE:
1.      Wytnij paski z sylabami i obrazkami na grubym papierze. Jako wzmocnienie możesz także okleić je taśmą, zalaminować lub podkleić tekturą.
2.      W paskach na okienka natnij nożykiem do papieru przerywane linie – w tych miejscach umieścisz paski z sylabami i obrazkami.

GRA:
Wersja 1 (łatwiejsza):
Dziecko ustawia obrazek, następnie szuka na suwakach sylab tworzących ten wyraz. Jeśli jest taka potrzeba rodzic sylabizuje słowa (np. „puma”, rodzic mówi PU – MA, PU – gdzie jest PU? Teraz MA – gdzie MA? Przeczytaj, co ułożyłeś/-aś? Dziecko odczytuje.

Wersja 2 (trudniejsza):
Dziecko ustawia pierwszą sylabę, odczytuje ją, następnie przesuwając drugim paskiem odczytuje powstały wyraz (np. PUMU). Zastanawiamy się czy rzeczywiście istnieje takie słowo. Jeśli nie, możemy pobawić się wyobraźnią i wymyślić co też to może być. Przesuwamy suwak na kolejną sylabę i dziecko znów odczytuje sylabę z pierwszego suwaka i z drugiego łącząc je w całość (np. PUPA). Jest tak wyraz? Świetnie! Szukamy obrazka z pupą na trzecim suwaku. Jest tyle powtórzeń w tym ćwiczeniu, że siłą rzeczy się obraz sylaby z jej nazwą zapamięta ;)

Wersja 3:
Bez obrazka – obrazek rysuje dziecko, mama albo już nie jest potrzebny: radość sprawia samo szukanie prawdziwych słów.

Uwaga: użyte w pliku obrazki nie są moje, są to grafiki z Internetu. Prezentuję je jako poglądowe obrazki, aby pokazać o co chodzi. Niestety na razie nie dysponuję taką ilością czasu, żeby stworzyć własne obrazki, a te które namalowałam dla moich uczniów wykonałam jasnym kolorem i mój skaner ich nie widzi. Dlatego rodzice: do dzieła - twórzcie :) Dla własnego dziecka  wkład rodzica we wspólne działanie, zaangażowanie są o wiele ważniejsze niż ewentualne wątpliwości co do własnych zdolności estetycznych, także "nie umiem rysować" wymówką nie jest ;).

Nie wiem jak dodać plik tekstowy, więc chętnych proszę o namiary pod wpisem albo instrukcję jak na blogspocie udostępnić dokument. Wersja z prnt screena nie jest najlepszej jakości ;)


PS Na rynku dostępne są tego typu pomoce w formie wind sylabowych (patrz tu) czy suwaków terapeutycznych (klik), niestety nie są one dostosowane do nauki czytania symultaniczno-sekwencyjnej, nie mają też obrazka. W tym sensie moje są przełomowe ;)

wtorek, 28 lipca 2015

Najgenialniejsza pomoc do nauki czytania jaką kiedykolwiek wymyśliłam

Napisałam na fb: W tym pudełku mieści się najgenialniejsza pomoc do nauki czytania jaką kiedykolwiek wymyśliłam. Trwała a jednocześnie wielokrotnego użytku. I co najważniejsze - przez działanie i zabawę. Idealna, gdy doba okaże się za krótka, by tworzyć arcydzieła, a przecież bardzo estetyczna i nie byle jaka. Mówię Wam, cudo!


Nim jednak zaprezentuję Państwu jak to jest zrobione i z czego, kilka uwag tytułem wstępu. Tak naprawdę nie ma rzeczy uniwersalnych. Sama dysponuję całkiem pokaźnym zbiorem oryginalnych pomocy logopedycznych: żółtych teczek z Arsonu, zestawu Stymulacja i Terapia WiRU, pakietu teczek konferencji-logopedycznych i jeszcze wielu, wielu innych. Jedne są bardziej, inne mniej przydatne. Ale okazuje się, że najlepiej służą mi pomoce, którym cele nadaję sama. Na przykład wystarczy mi logopedyczny zbiór wyrazów dla utrwalenia konkretnej głoski, a z niego wyczaruję gry i zabawy, dzięki którym mój uczeń chętnie będzie tworzyć ruchową matrycę nowego sposobu realizacji.

Czasami, by otworzyć swój umysł na twórczość trzeba zrezygnować z podpowiedzi (sic!). Ja musiałam jakiś czas temu zablokować sobie wyskakujące powiadomienia o nowościach z kilku stron i blogów innych logopedów i rodziców - przestały być dla mnie inspiracją a stały się torturą: że on ładniej, że lepiej, że bardziej wymyślnie. A najlepiej jest tylko wtedy, gdy samemu czuje się narzędzie, wie jak się je stosuje i wierzy w sens jego użycia, i gdy - jednocześnie - zna się swojego ucznia, widzi się go jako konkretną osobę, z właściwymi sobie upodobaniami, zainteresowaniami, ale i trudnościami i - humorkami!

Przejdźmy jednak do mojej PRZEGENIALNEJ POMOCY LOGOPEDYCZNEJ DO NAUKI CZYTANIA!

Używam chętnie, zwłaszcza dla młodszych dzieci, wkładanek. Na odwrocie wpisuję czy wrysowuję to, co jest mi potrzebne, i podczas ćwiczenia kieruję uwagą dziecka, by analizowało wzór i wkładało elementy układanki realizując zamierzone cele. Np. gdy utrwalamy sylaby różnych paradygmatów, wpisuję sylaby. Gdy ćwiczymy dostrzeganie różnic - podobne wzory różniące się małym szczegółem. I próbowałam już różnych rozwiązań aby te wkładanki były nie na raz, ale dla wielu i w różnych celach. Przyklejałam ćwiczony materiał na taśmie malarskiej (bo łatwo się odkleja a wyraźnie widać na niej to, co zapisane), oklejałam elementy wkładanki folią i pisałam mazakiem suchościelarnym (ale mazaki suchościeralne mają tę wadę, że zmywają się w pierwszym lepszym kontakcie ze skórą), przyklejałam karteczki samoprzylepne (ale za łatwo się odklejały). W końcu wpadłam na TEN GENIALNY POMYSŁ <złowieszczy śmiech i wink>

POTRZEBNE:
- tablica magnetyczna: w domu może być lodówka w googlach można szukać pod "tablica edukacyjna magnetyczna kredowa" lub kombinacją tych słów - ja mam tego typu 
- magnesy: gotowy komplet magnesów tworzących obrazek, albo magnesy pojedyncze, albo taśma magnetyczna samoprzylepna, którą podklei się pod zrobione własnoręcznie układanki czy też układanki z innego kompletu, które od teraz już będą magnetyczne, bo podklejone.
- pisak kredowy (to nieoceniony klucz do sukcesu! Zwykła kreda się sypie i ściera się równie łatwo jak pisak suchościeralny z folii, ta zaś ma konsystencję płynną, która po chwili wysycha, dzięki czemu można go używać do wielu powierzchni, na których będzie właśnie trwały i zmyje się dopiero wodą)
- kartki papieru, ołówek, pisak.

JAK TO ZROBIĆ?
1. Ułożyć sobie któreś zwierzątko (wzór) na kartce papieru, obrysować elementy połączone ze sobą.
2. W każdy element narysowany i ten magnetyczny wpisać to, czego się uczymy - tak aby taki sam  był na kartce i na magnesie.
3. Bardzo ważne: zanim się da dziecku zabawkę wyjaśnić reguły, inaczej może mu się tak spodobać zabawka, że informacja o tym, że oprócz wykazania własnej kreatywności w tworzeniu ma jeszcze czytać czy dopasowywać jakieś elementy zgasi w nim potencjalny zapał do pracy. A naprawdę można się tak bawić i bawić, nie wiedząc, że to nauka!

Mam niestety tylko jedno zdjęcie poglądowe, ale widać na nim wszystkie elementy. Z resztą myślę, że opisałam rzecz całkiem precyzyjnie. W razie czego proszę pisać, chętnie odpowiem.


MOŻE CIĘ RÓWNIEŻ ZAINTERESOWAĆ:
1. Nauka przez zabawę (tu podczas czytania samogłosek przez dwulatkę) http://logozabawki.blogspot.com/2015/03/nauka-czytania-samogosek-z.html
2. Jak się bawić aby dziecię chciało realizować nasze cele (na przykładzie nauki prawidłowego chwytu)  http://logozabawki.blogspot.com/2015/04/prawidowy-chwyt-podczas-rysowania.html
3. Co można wyczarować z pianki (tu akurat świątecznie, ale nada się na magnesy http://logozabawki.blogspot.com/2014/11/przedswiatecznie-i-logopedycznie-nauka.html).