środa, 24 lutego 2016

Z serii nie całkiem oczywiste atrybuty logopedy - masa mocująca!

Gdy zaczęłam pracę z niespełna dwuletnim wówczas Kubusiem, musiałam ruszyć wyobraźnią, aby znaleźć sposób umożliwiający mu bycie sprawcą. Przez wzgląd na niepełnosprawność ruchową bowiem i bardzo duże obniżenie napięcia mięśniowego, mocno wpływające nie tylko na postawę i możliwości motoryczne, ale także na zdolności oddechowe i fonacyjne, a więc także porozumiewanie się głosem, szukaliśmy takich narzędzi, które pomogłyby Kubie i w porozumiewaniu się, i poznawaniu świata. Dla stymulacji funkcji poznawczych próbowaliśmy różnych systemów, m.in. pudełek z przegródkami, podklejania pomocy taśmą magnetyczną bądź rzepami. Aż trafiliśmy na masę mocującą - klik. Rzecz przegenialna*! W odróżnieniu od rzepów i magnesów jest wielorazowa i szybka w obsłudze (nie trzeba jej ucinać, odklejać papierka by przykleić do materiału). A pozwala manipulować przedmiotami, być właśnie sprawcą, bawić się ogólnorozwojowo w pozycji dostępnej dla Kubusia (półleżącej, odchylonej do tyłu), rozwiązywać zadania z naprawdę wielu obszarów. Cudnie widzieć radość Kubusia gdy działa samodzielnie, gdy to on przypina, on sam - to naprawdę bardzo ważne stworzyć komuś warunki, przestrzeń do tego, by działał. 

Wszak i taśma mocująca, i wymienione wyżej narzędzia przydadzą się doskonale dla dzieci w różnym wieku i na różnym poziomie funkcjonowania: są po prostu atrakcyjne, milej bowiem przypiąć coś, przyciągnąć magnesem, przymocować rzepem, przykleić masą - aniżeli tylko dokładać, układać, podstawiać. Pracując z dziećmi w wieku przedszkolnym i szkolnym przekonałam się, że to naprawdę niebo a ziemia - układać sekwencje** z kartoników, a przyklejać sekwencje naklejkami czy właśnie przymocowywać na tablicy magnetycznej, rzepem, masą mocującą. 

Polecam serdecznie!

___
* Masa nie jest oczywiście bez wad. Np nie schowa się do pudełka kartoników z podklejoną masą, bo się posklejają a przy próbach oddzielenia nielaminowana strona tektury zniszczy się.
** Oczywiście nie samymi sekwencjami człowiek żyje, tutaj jako przykład do czego masę można użyć. Wszystko zależy od wyobraźni :)

czwartek, 18 lutego 2016

Rentgenogramy na co dzień? - pochwała andrutów w logopedii

Bardzo dobra rzecz się wydarzyła: serwis fonem.eu udostępnił swoje zasoby dla każdego zjadacza chleba. Super! Idea bezinteresownego dzielenia się wiedzą upowszechnia się, to miłe. Na animacjach i rentgenogramach (niestety zabrakło palatogramów czyli rzutów na jamę ustną i artykulatory en face (jeśli tak można o artykulatorach rzec ;)) zobaczyć można układ warg i języka w trakcie wypowiadania każdej głoski języka polskiego (w normalnym tempie i spowolnieniu) oraz wybrane realizacje wadliwe (np. seplenienie międzyzębowe czy rotacyzm boczny). 

A jak można zrobić sobie rentgenogram/palatogram/animację własnej wymowy w domowych warunkach? Ja mam na to wypróbowany sposób! Sprawdzony i z dorosłymi, i z dziećmi w wieku przedszkolnym - trochę pedagogiki i o wszystkim można z człowiekiem w każdym wieku pogadać, serio.

Ale do rzeczy. Aby uzmysłowić drugiemu gdzie ów język dotknąć bądź zbliżyć się powinien, co z ustami a co z krtanią, stosuję różne techniki: wizualizacje, pantonimę dłoni, metafory, bajki, mówienie do ręki - zależnie od odbiorcy. Skutecznym narzędziem okazały się ostatnio wafelki - cienkie andruty podobne do wigilijnych opłatków. Na marginesie - produkt trudno dostępny, ale wygooglowałam Martę, andruty kaliskie i andruty Jan Gąska (te dwa ostatnie to być może to samo?). Polecam wszystkie. Aby uwrażliwić miejsca wewnątrz jamy ustnej biorące udział w artykulacji pożądanego dźwięku posługujemy się kawałkami andruta. Wystarczy wiedza z zakresu fonetyki, trochę wyobraźni i empatii, by nauczyć tak 20- jak i 3-latka jak i gdzie układać język przy wymowie głosek przedniojęzykowo-zębowych, dziąsłowych i każdych innych. Naprawdę, polecam!

wtorek, 5 stycznia 2016

Badanie słuchu? Ale on wszystko słyszy, bardzo dobrze!

Czasem spotykam na spacerze moją koleżankę - psycholog. Dziecięcy żeby było lepiej. Poplotkujemy, pozachwycamy się dziećmi, ponarzekamy na zimno czy brak czasu. Po spotkaniu z nią jednak nie mówię: uf, moje dzieci widział psycholog, więc na pewno rozwijają się prawidłowo, nie ma nic niepokojącego w ich rozwoju, przecież psycholog ich widziała.

Banalna sytuacja? A jednak. Chyba już tak mamy, że chcielibyśmy wszystko upraszczać w życiu i aby było dobre. Więc na wyrost uspokajamy się. Pani doktor, która go badała jest laryngologiem, więc ze słuchem jest ok. A przeprowadziła pani doktor badanie? Nie, na oko tak.

Dziś byłam z moim osobistym synem (11 mies.) u laryngologa. Co prawda nie niepokoił mnie jego słuch czy mowa, ale nawrotowe zapalenie ucha i powtarzające się antybiotykoterapie. Jakże miło zaskoczył mnie lekarz, który nie tylko zajrzał do uszu i nosa wziernikiem, ale przeprowadził otoemisję i tympanometrię: badania bezbolesne, nieinwazyjne i nie wymagające od dziecka aktywnego udziału. Z jednej strony urządzenia jest końcówka, którą dziecięciu wkłada się do ucha, z drugiej działa maszyna. Otoemisja "pozwala na wykrycie niedosłuchu odbiorczego pochodzenia ślimakowego", tympanometria "jest to badanie słuchu służące do oceny jego zaburzeń. Badania tympanometryczne polega na zapisywaniu wychyleń błony bębenkowej podczas zmian ciśnienia w przewodzie słuchowym, wykorzystuje się tutaj odbitą falę dźwiękową. Tympanometria jest badaniem nieinwazyjnym i bezbolesnym zalecane przy wszelkiego rodzaju niedosłuchach". Trwają po kilka, kilkanaście sekund na każde ucho.

Na to medycyna idzie do przodu, rozwija się, abyśmy nie musieli diagnozować na oko i na chyba.

Kochani, jeśli jest choćby cień podejrzenia nieprawidłowości - spieszcie się badać! Że drogo i kolejki? Zadzwoniłam ze skierowaniem wczoraj, kazano mi przyjść dzisiaj, fakt że na nfz kolejki nie przewidzisz, udało się nam wszak bardzo sprawnie. Starsza co prawda pokazała lekarzowi język i potupała nóżką (też była do sprawdzenia z uwagi na przewlekły nieżyt nosa), ale udało się: matka polka z dwójką szkrabów u laryngologa, śmieszny obrazek ;)

A i mówcie lekarzowi czemu przyszliście. Lekarz to nie cudotwórca (logopeda też nie ;)), nie chodzi o to żeby się domyślił czy zgadł - tylko o to by wykorzystał swoje narzędzia do sprawdzenia tego, na czym się zna. Moim dzieciom wędzidełka podjęzykowego nie sprawdził, bo też nie wspominałam żeby były trudności ze ssaniem czy wymową dziąsłowych. Jest tak wiele możliwości schorzeń, że specjalista wszystkich nie sprawdza przy wizycie. Sprawdza to, co zgłasza pacjent. Sprawdza te sfery, które mogą być związane ze zgłaszaną trudnością. Więc warto przed wizytą spisać sobie i wypunktować: co niepokoi, na co inni zwrócili także uwagę. I nie bać się pytać. Nie ma głupich pytań.

Powodzenia!